Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amatorski kącik recenzenta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amatorski kącik recenzenta. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 września 2015

#400 "Pożegnanie z rzeczywistością" -recenzja

      " Dzisiejsza fizyka zapuściła się w bardzo odległy od naszego codziennego doświadczenia region. Naukowcy badają świat skrajnie małych odległości, skrajnie wielkich energii, ekstremalnych zakrzywień czasoprzestrzeni, dodatkowe wymiary i mnóstwo egzotycznych elementów, które sprawiają,  że praca fizyka wygląda na bardziej ekscytującą niż kapitana Kirka. Problem w tym, że w większości przypadków to badanie opiera się tylko i wyłącznie na matematyce. (...) "

Więcej do przeczytania na portalu Gildia W TYM MIEJSCU
Zapraszam.



okładka

środa, 18 czerwca 2014

#330 HIMMLER: Buchalter śmierci



           Przez krótki okres czasu, przez jaki nazizm panował w Niemczech w najwyższych kręgach politycznych zabłysło kilku ludzi, którzy obok Hitlera byli nietuzinkowymi postaciami, o olbrzymiej władzy i można by bez przesady rzec, mających wpływ na cały ówczesny świat.
            Do takich postaci niewątpliwie zaliczał się Himmler, czołowy morderca trzeciej rzeszy, którego postać w liczącej przeszło 800 stron książce próbuje nam przybliżyć Peter Longerich, a który w przeciwieństwie do innych osobistości był człowiekiem raczej nijakim, i fenomen jego dojścia do tak wysokiej pozycji jest tym bardziej ciekawy i wart prześledzenia .
            Podróż zaczynamy od wczesnego dzieciństwa Heinricha. Autor, obficie powołując się na materiały źródłowe przedstawia nam młodzieńca, który ma problemy z kontaktami z rówieśnikami, jest niepewny siebie, wstydliwy, gadatliwy, a przede wszystkim ma problemy w kontaktach z kobietami, na co położony jest dość szczególny nacisk.
            W obliczu tego faktu zastanawiające jest, że w trakcie dalszej opowieści Longerich nie zagłębia się równie intensywnie w fakt, że Himmler znalazł żonę i miał z nią dziecko. Niestety, o tym, na pewno ważnym wydarzeniu z życia przyszłego oprawcy pojawia się zaledwie wzmianka. Podobnie ma się sytuacja w przypadku całej kariery Himmlera, odkąd wstąpił w szeregi NSDAP. Prawdopodobnie z braku źródeł- Himmler nie prowadził dziennika- dostajemy bardzo niewiele informacji o tym, kim naprawdę był twórca SS. Przytłaczająca większość tej pozycji przedstawia kolejne dzieje kariery politycznej i dojście do władzy, oraz jego stosunek do podwładnych, niewiele mówiąc nam o tym, jak postępował czołowy nazista w momencie, kiedy odwieszał mundur.
            Pomimo skromnych materiałów w zakresie prywatnego życia ojca SS, autor bardzo sprawnie prowadzi nas przez policyjny świat trzeciej rzeszy, którego Himmler był czołową postacią. Eskalacja przemocy, brutalne morderstwa, ludobójstwo na skalę, której nie da się opisać.
            Reichsfuhrer SS był człowiekiem pełnym skrajności. Z jednej strony wyznawał samodyscyplinę, wywyższał niemiecką krew ponad wszystko, wymagał od swoich SSmanów posłuszeństwa, stosowania prawa i względnego przestrzegania zasad moralnych, wysławiał kobiety jako równe, a czasem lepsze od mężczyzn. Z drugiej strony nie wahał się wydawać dziesiątek tysięcy ludzi, których uważał za gorszych na śmierć, zdradzać swojej żony, pomagać upadłym SSmanom, robiąc z nich swoich wiernych niczym psy poddanych. Nie był człowikiem przebojowym, nie był człowiekiem lubianym. Jednak w jakiś sposób dotarł na sam szczyt, a ta książka odsłania nam drogę tego człowieka, która skończyła się w jakże mało efektowny i wiele o nim mówiący sposób.




Autor: PETER LONGERICH
Wydawnictwo: PRÓSZYŃSKI
Oprawa: TWARDA
Format : 16,5 x 24,0 cm
Cena katalogowa: 89,00 zł




środa, 9 kwietnia 2014

#319 Ewolucja jest faktem



     Jeśli jesteśmy piśmienni i czytelni, oraz ukończyliśmy szkołę średnią powinniśmy znać pojęcie Darwinizmu. To przełomowa hipoteza, wysnuta na podstawie wieloletnich badań przez Karola Darwina, a mówiąca ni mniej, ni więcej, jak że człowiek jest tworem nie bożym [ przynajmniej bezpośrednio] ale ewolucji, podyktowanej m.in. doborem naturalnym.
     Ta koncepcja jest dziś ogólnie, w mniejszym bądź większym stopniu, akceptowalna na świecie, poza pewnymi niereformowalnymi grupami, o których wyczytacie w książce. 
     Jerry A. Coyne zabiera nas w podróż poprzez odkrycia kopalne i genetyczne ostatnich dziesięcioleci, które dowodzą, ze Darwin miał absolutnie rację i że ewolucja dziś już nie jest teorią, ale niezaprzeczalnie potwierdzonym faktem. Czyżby?
     Jak na książkę, która stawia sobie za zadanie przekonanie sceptyków, Jerry A. Coyne podaje bardzo mało, w dodatku bardzo skromnych przykładów. Nie wiem, czy nie ma więcej, czy akurat te są najlepiej udokumentowane? Zdjęć nie ma prawie wcale, ilustracji, które są nieprzekonujące [ przecież rysunek zawsze można odpowiednio „podrasować” do konkretnych potrzeb] jest mało, a podane przykłady dotyczą w przytłaczającej większości zwierząt niższych, w tym owadów lub jeszcze prostszych organizmów. Jako laik sięgnąłem po tą książkę z nadzieją, że dowiem się czegoś naprawdę ciekawego, co wprawi mnie w zdumienie i rozwieje pewne moje wątpliwości lub wzbogaci mój stan wiedzy na tyle, że będę w stanie wyobrazić sobie, jak  ewolucja przekształcała płetwy w ręce i powrotem, lub skrzela w płuca, lub chociaż, jakim cudem doszło do zaprogramowania tak niesamowicie skomplikowanych operacji fizjologicznych, jak np. krzepliwość krwi.  
     Niestety, nie dowiedziałem się tych rzeczy, podane przykłady są w moim odczuciu tylko dowodem na mikroewolucję, o procesach przejściowych między skomplikowanymi organami nie ma mowy, a książka ogólnie od początku napisana jest w takim tonie, jakby autor na własne oczy widział to, o czym pisze, chociaż cała archeologia opiera się tak naprawdę głównie na sfosylizowanych kościach oraz hipotezach.  Po lekturze nie czuję się specjalnie zasobniejszy w wiedzę. Liczyłem na coś konkretniejszego. 





Kategoria: Popularnonaukowe
ISBN: 978-83-7648-272-9
Tytuł oryginału: Why Evolution Is True
Data wydania: 19.11.2009
Format: 142mm x 202mm
Cena detaliczna: 39,90 zł

wtorek, 1 kwietnia 2014

#316 Samotna Zielona Kobieta

     Jeśli zapytalibyśmy przeciętnego zjadacza komiksów znad Wisły, kim jest Jeniffer Walters, raczej nikt nie wpadłby na to, że to bohaterka komiksów Marvela. She-Hulk to postać drugoligowa, która występowała na kartach komiksów w Polsce naprawdę sporadyczne. Teraz, w ramach wielkiej kolekcji dostajemy z nią cały album, do tego na okładce widnieje ilustracja Adi Granova. Można się spodziewać mocnego uderzenia...

      We wstępie do każdego tomu "Wielkiej kolekcji komiksów Marvela" Marco M. Lupoi zawsze zwraca uwagę na powody, dla których dana historia znalazła się w kolekcji. W przypadku "She-Hulk: Samotnej Zielonej Kobiety" już tutaj następuje pierwszy lekki wstrząs, bo te powody są niespecjalnie przekonujące. Mamy wrażenie, jakby słowo wstępne było próbą usprawiedliwienia wyboru tej historii przed czytelnikami oczekującymi na spektakularne, komiksowe dzieła. Zacytujmy fragment: "To komiks o drugoplanowej postaci, która ma niewielki wpływ na główny nurt wydarzeń w uniwersum Marvela. Na jego łamach nie toczą się wydarzenia wpływające na losy wszechświata, nie będziemy też świadkami wielkich bitew, czy pojawienia się jakichś istotnych postaci". Nie zniechęca nas to jednak, świetne komiksy można robić o wszystkim. Szybko przechodzimy dalej, tylko po to, ażeby przeżyć wstrząs numer dwa. Ilustracje... to zupełnie przeciwny biegun tego, co serwuje się nam na okładce. Kreska niewiele już tylko odstająca od bajkowej stylistyki rodem z animacji Walta Disneya, z czasów świetności przed dominacją grafiki komputerowej. Nie jest ona bynajmniej zła. Juan Bobillo operuje zbliżonym do kreskówkowego stylem, w którym za pomocą przerysowań świetnie oddaje emocje bohaterów. W tym dziele mocno wspiera go Chris Chuckery, który fantastycznie ożywia twarze postaci. Ten duet tworzy przyjemne dla oka plansze, które dobrze pasują do konwencji historii, ale raczej nie oferują nic zapadającego na dłużej w pamięci. Niestety, wyżej wymienieni panowie zrobili tylko cztery zeszyty, pozostałe dwa pod względem graficznym są teoretycznie ambitniejsze, ale praktycznie nijakie i nie warte dłuższej wzmianki.

      Co więc powinno nas w tym komiksie zachwycić? Całość fabuły można streścić w jednym zdaniu, więc uwaga, teraz będzie spojler. Trzydziesty czwarty tom opowiada o Jenifer Walters, która zostaje zatrudniona w firmie prawniczej specjalizującej się w superprawie, w którym w sprawy kryminalne zamieszane są osobniki z problemami przekraczającymi możliwości normalnego kodeksu karnego, tam też przeżywa swoje przygody. I tyle. Żadnej genialnej intrygi. Żadnej spektakularnej tajemnicy. Żadnego wielkiego wydarzenia. Nawet żadnego wielkiego uczucia. Komiks czyta się lekko, Jeniffer daje się lubić, epizod ze Spider-Manem pozywającym Jamesona jest naprawdę dobry. Przewijająca się przez cały komiks, z pozoru zbędna postać dziwacznego Alestrasznego Andy'ego okazuje się sprytnym zabiegiem, świadczącym o dokładnym zaplanowaniu całej opowieści. Tak więc w trakcie lektury "Samotnej Zielonej Kobiety" polubimy Jeniffer Walters i spędzimy miło parę chwil. I tylko tyle. Więcej do tego albumu nie ma po co wracać.

      Dochodzimy do kwestii zasadniczej. Czy ten komiks, średnio wciągający, o lekkiej kresce i fabule, ale bez znamion czegoś fascynującego powinien się pojawić w kolekcji? Skorzystajmy raz jeszcze z doskonale sformułowanych myśli ze wstępu, gdzie znalazło się wszystko, co można powiedzieć o tym albumie: "Wiele osób może twierdzić, że She-Hulk nie powinna znaleźć się w tej kolekcji. Można spokojnie obyć się bez znajomości treści tego albumu". Nic dodać, nic ująć. Ten komiks jest po prostu za słaby, żeby stawiać go koło takich dzieł jak "Marvels", "Ultimates", "Zimowy żołnierz" czy wielu, wielu innych i pojawił się w kolekcji niepotrzebnie. Prawie nikogo raczej nie zachwyci, i nie sądzę, żeby właśnie ta pozycja przyciągnęła nowych czytelników. Dałbym nawet ocenę sześć, bo to nie jest zły komiks, ale słaba końcówka na to nie zasługuje...

Ocena: 5/10

Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.




wtorek, 4 marca 2014

#310 Liga Sprawiedliwości 1 - Początek

60. Amatorski kącik recenzenta



    Przeglądając recenzje komiksu Liga Sprawiedliwości #1 można odnieść wrażenie, że komiks jest nieudany i czytelnicy będą nim zawiedzeni. Cóż, nie mogę się zgodzić z tym faktem. Czytelnicy, którzy od dwudziestu lat czytają komiksy i szukają nowych doznań, całkiem możliwe. Jeśli szukamy w komiksach objawienia, nie znajdziemy go tutaj. Czytelnicy nowi, którzy rozpoczynają swoją przygodę uniwersum DC i z komiksami superhero w ogóle, niczym nie powinni być rozczarowani. A ten komiks jest skierowany przede wszystkim do nich.
    Fabuła jest prosta i według mnie to jest dobra decyzja. Mam wrażenie, ze szczątkowych informacji, jakie czasem przeczytam na polskich portalach, że DC próbuje w nieco większym stopniu, niż Marvel, zdobyć nowego, młodego czytelnika. Dla takiego czytelnika, i potencjalnego wieloletniego klienta komiks duetu Jones/Lee jest idealnym punktem startowym. Pojawia się zagrożenie w postaci Darkseida, zbiera się drużyna najbardziej znanych postaci[ kim jest cyborg i skąd się wziął, nie mam pojęcia, ale to chyba jest tu tak samo konieczny, jak Cage w New Avengers] i wszyscy razem wychodzą na parkiet, żeby wykonać swój wspaniały taniec. Czyż nie to samo działo się w New Avengers, kiedy Electro uwalnia łotrów z paki? Różnica polegała na tym, że tam wszystko było otoczone jakąś pseudo intrygą, bohaterowie prowadzili płaczliwe dysputy, próbując przekonać siebie i czytelnika, po co w ogóle taka  śmieszna zbieranina musi działać. Tutaj nie ma otoczki nadającej komiksowi pozory dorosłości, drugiej głębi, jakiegoś ważnego przesłania. Jest zły gość, któremu trzeba nakopać. Od dekad na tym opierają się komiksy, tutaj po prostu podano to w odświeżonej wersji. Mnie pasuje.
     Jim Lee, którego znają chyba wszyscy miłośnicy komiksów, dotarł już dawno temu do granic swoich możliwości. Albo po prostu nie chce zmieniać i ewoluować swojego stylu. Jego ilustracje są takie same od lat, od lat mają te same dobre i złe strony. Oprawa wizualna oczywiście olśniewa, typowo amerykański, komputerowy kolor, pakerskie pozy, wielkie kadry, widowisko pełną parą. Dziś przeszkadza trochę fakt, że wszystkie postaci u Jima są jednakowe, i to dosłownie, te same twarze u facetów, te same twarze u kobiet, wszyscy jednakowo perfekcyjnie zbudowani. Jeszcze gorzej z faktem ich młodości. Poza paroma kadrami większość wygląda tak samo, jak w innych „dorosłych” komiksach. Oj, panie Jim, nie spodziewałem się czegoś takiego po panu, moim idolu. Postaci drugoplanowe czasem próbują wyglądać inaczej, ale to tylko drobna kosmetyka.  Nie mniej, w komiksie takim jak liga sprawiedliwość, gdzie najważniejsze są kostiumy, pozy i nawalanka, prace Jima wyglądają rewelacyjnie i nikt nie powinien być zawiedziony. Ja nie byłem.
      Komiku nie polecam tylko czytelnikom, którzy nie lubią tego gatunku. Cała reszta nie uprzedzona może spokojnie po tytuł sięgać i dobrze się bawić. Na koniec mała moja dygresja. Znacznie bardziej wolałbym ten album w miękkiej okładce i tańszy o 10 PLN.  


piątek, 14 lutego 2014

#303 WKKM32: Avengers Ucieczka


     59. Amatorski kącik recenzenta


     Bendis [ poobnie jak G. Johns od konkurencji ] należy do uznawanych aktualnie za topowych, a do mnie kompletnie nie przemawiających scenarzystów. Nie wiem, od czego to zależy, przecież nie szukam w komiksach wyższych wartości, ambitnych tekstów, ani prawd objawionych. Komiks Bendisa błyszczy tylko kilkoma fajnymi tekstami, niczym więcej.
     O co biega? Nie do końca mogę powiedzieć, jako że komiks kończy się zanim dowiadujemy się, jaką dla nas scenarzysta zaplanował intrygę. Może ten fakt też działa ujemnie, w zasadzie nie powinno się oceniać komiksu przed poznaniem całości, ale taki komiks biorę do ręki i taki czytam. A dowiemy się tyle, że superprzestępcy [ poza Carnage,m, którego najciekawsza postać supebohaterska tego komiksu, czyli Sentry roznosi bez mrugnięcia, co jest  fajowskie ci superprzestępcy to jakieś w przeważającej części płotki ] za pomocą Elektro uciekają z paki, a najpopularniejsi herosi Marvela[ Ci, którzy dorobili się własnych ekranizacji] zbijają się w kupę i powstaje nowe Avengers. Wow, ale to było zachwycające.
      A co z Cage,m i Spiderwoman zapytacie? Już spieszę wyjaśnić moją teorię. Cage ze swoim aktualnym wizerunkiem to nie jest superbohater. To czarnoskóry twardziel o ciętym dowcipie, którego autorzy dorzucili żeby nie było zarzutów dyskryminacji, no przecież jakiś Afroamerykanin być musi w amerykańskiej supergrupie. Co do babki sprawa jest jeszcze prostsza i nie wymagażadnych teorii. 
     Z Finchem nie jest lepiej. Rewelacyjne ilustracje, zwłaszcza w większym formacie wypadają z pamięci po zetknięciu się z topornymi scenami zwykłych rozmów. Finch świetnie sobie radzi w konwencji superhero, kostiumach, walce, ale sceny statyczne, a zwłaszcza twarze wychodzą mu po prostu lipnie. Te wiecznie smutne oczy Kapitana i Tony’ego odpychają już po kilku kadrach.
     Nie wiem, czy to ze mną coś jest nie tak, czy tez ten komiks nie jest taki, jaki być powinien. Sprawdźcie sami.


środa, 12 lutego 2014

#302 WKKM 31: Kapitan Ameryka- Wybraniec


     Pierwsza Krew to mój ulubiony film, najlepszy jaki oglądałem. Przynajmniej raz w roku zaliczam całą serię, [bo te współczesne filmy są jakieś takie.... pluszowe], ale część pierwsza jest ...no najlepsza.  Nie mam ulubionego komiksu, książki, ani nawet zespołu muzycznego. Film owszem.
     Czytałem oczywiście książkę Morrella.. Nie była już tak zachwycająca [może gdybym przeczytał ją przed obejrzeniem filmu...] i przyznaję, że goście robiący film wprowadzili  zmiany głównie na dobre. Toteż film jest lepszy niż książka, a książka jest lepsza niż...komiks.
    Wiem, wiem, komiks nie ma nic wspólnego z Rambo, przecież to Kapitan Ameryka. Niestety.
Mamy żołnierza, niestety w porównaniu do filmowego Johna to uwspółcześniona, targana rozterkami wersja, która działa mi na nerwy. Ludzie, czy żołnierze amerykańscy są tak głupi, że zgłaszają się do wojska, bo nie wiedzą, że tam jest ciężko? Liczą na wczasy? To tak, jakby kierowca autobusu płakał, że musi prowadzić autobus, a piekarz, że musi piec chleb. Z tą różnicą, że kierowca czy piekarz nie musieli się zgłaszać na ochotnika, może życie ich do tego pchnęło. Żołnierz zgłosił się dobrowolnie.
    Więc, poza płaczącym żołnierzem, który uświadamia nam, po raz kolejny,  jakie życie biednych amerykańskich żołnierzy jest trudne, mamy idiotycznie schematyczny obraz „terrorystów” . Bomba, dżihad, samochód pułapka, czyli to, z czym terroryzm kojarzy się masom. Genialne i jakże odkrywcze, nawet dla niewymagającego zawodnika, jakim jestem.
     Zostaje Kapitan, tutaj sprawa się nieco komplikuje. Sam pomysł na powiązanie go z wydarzeniami, z którym musicie się zapoznać poprzez lekturę jest niezły, chociaż  trochę napompowany. Nie jestem w stanie się zdecydować, czy zwiększa, czy zmniejsza poziom komiksu, może za jakiś czas wracając do tego komiksu doznam olśnienia.
     Breitweiser rysuje fajnie i dość podobnie do Cassadaya [albo Cassaday do niego] Jeśli komuś taki prosty, ale wyraźny styl, bez drugiego planu odpowiada, nie powinien być zawiedziony. Dobrze spisuje się   Reber, którego stonowane, spokojne i proste barwy robią świetny klimat. Po raz kolejny ja się pytam, czemu kolorystów nie wymienia się obok rysownika na okładce? Robi równie konkretną robotę.  Zatem, moi drodzy, gdyby nie było filmu, pewnie nikt nie pamiętałby by o Johnie Rambo i jego autorze. Ale jest, i to jest najważniejsze.



piątek, 10 stycznia 2014

#296 WKKM: Demon w Butelce

Amatorski kącik recenzenta





     Przez ostatnie trzydzieści lat świat się bardzo zmienił. Komiks również. A do tego wszystkiego ja sam się dokładnie o tyle zestarzałem.  Pomimo tych wszystkich zmiennych nadal pasjonują mnie komiksy. Demon w butelce nie pasjonował mnie w najmniejszym stopniu.
     Jedynym zaskoczeniem tego komiksu są rysunki. I nie jest to również pozytywne zaskoczenie. Nie są złe, nic nie można im od strony technicznej zarzucić. Jednak dzisiaj wydają się archaiczne, bez dynamiki, bez emocji, po prostu poprawne. Rysownikiem jest nie kto inny, jak zdecydowanie przodujący w wielkiej kolekcji John Romita JR. Gdyby nie  napisali jego nazwiska w stopce, nigdy bym nie uwierzył, że on to narysował. Nie widać najmniejszego śladu jego bardzo charakterystycznej w późniejszych latach kreski. Kompletnie żadnego podobieństwa, przeszukiwałem kadry w poszukiwaniu chociażby jednego charakterystycznego elementu, ale nie znalazłem nic. Godna podziwu transformacja nastąpiła w późniejszych latach u JRJR.
    Scenariusz choruje na tego samego wirusa, na który chorowało większość starych komiksów. Jest mało przekonujący, naiwny, zwroty akcji nie zaskakują, a bohaterowie pomimo prób ich uczłowiecznienia są płascy, bez wyrazu i bez napięcia. Przełomowy temat, jakim było poruszenie alkoholizmu na kartach komiksu [przynajmniej według jak zwykle skromnego i mało pochwalnego słowa wstępnego] kończy się na jednej stronie, gdzie Tony pod wpływem paru zdań swojej przyjaciółki postanawia skończyć z nałogiem. Wzruszyłem się jak nigdy.
   Trzeba chyba podjąć tą trudną, ale konieczną decyzję, i podarować sobie zakup komiksów, które na pierwszy rzut oka nie mogą dziś zachwycać, przynajmniej mnie. Jest tyle świetnych komiksów, że starociom powinniśmy dać  już spokojnie leżakować w archiwach, lub na półkach ludzi którzy z nimi dorastali.Za tą kasę można mieć np kontynuację Thora, którego brzydaki wydali tylko część pierwszą.


poniedziałek, 30 grudnia 2013

#292 Leningrad

55. Amatorski kącik recenzenta


   

     Po kilku latach ciągłej lektury o wojnie doszedłem do wniosku, że zrobię sobie przerwę i zajmę się inną tematyką.  Przeglądając niedawno różne tytuły w księgarni mimowolnie zatrzymałem się przy dziale historycznym. Tytuł Leningrad przyciągnął moją uwagę. No tak, przecież nic o tym jeszcze nie czytałem! Książka bezzwłocznie znalazła się w moim posiadaniu.
     Ciekawą sprawą jest fakt, że znaczna większość dostępnej literatury traktującej o Związku Radzieckim jest pisana przez obcokrajowców. Tak sprawa wygląda i w tym przypadku. Rosjanie albo boją się pisać, albo nie mogą, albo nie chcą, a szkoda, ciekawym doświadczeniem byłoby poznać ich punkt widzenia z dzisiejszej perpektywy. Może kiedyś.
     Książka Anny Reid jest świetnie napisaną, bogatą w dane historią wielkiego oblężenia miasta, które zamieszkiwało w czasie wojny ponad trzy miliony ludzi Autorka korzystając z zapisków prywatnych, co jest nieodłącznym elementem nowoczesnej literatury historycznej , oraz wielu dokumentów archiwalnych prowadzi nas przez wydarzenia, które zwiastowały katastrofę, poprzez tą katastrofę aż do wyzwolenia i oswobodzenia mieszkańców miasta.
     Jedzenie kleju, trocin, funkcjonowanie w mieszkaniach w których temperatura spadała poniżej zera, brak wody, wielogodzinne stanie w kolejkach za kromką chleba, do tego ciągły strach przed nalotami.... Życie szarego człowieka było tragicznym pasmem udręk, które w kilkuset tysiącach przypadków doprowadziły do śmierci. Po raz kolejny dowiadujemy się o nieudolności władz, o totalnej korupcji, braku poszanowania ludzkiego życia i obojętności. W czasie, gdy ludzie konali z głodu na ulicach, przedstawiciele władzy zajadali się kawiorem. NKWD pomimo rozpaczliwej sytuacji nadal prowadziło standardową nagonkę na zdrajców i bandytów, czyli zwykłych obywateli, którym wymknęło się cichaczem w chwili rozpaczy że są głodni i nie ma chleba. Piekło nie może wyglądać gorzej. 
     Każdy z nas powinien czasem sięgnąć po tego typu książkę. Żeby docenić to, co mamy i jak nam się żyje.

Autor: ANNA REID
Wydawca: WYDAWNICTWO LITERACKIE
Rok wydania: 2012
Okładka: TWARDA
Wymiary: 165x240 mm
Ilość stron: 632
ISBN: 978-83-08-04729-3
Cena detaliczna: 54,90ZŁ





niedziela, 22 grudnia 2013

#291 WKKM: X-men Niebezpieczni


       55. Amatorski kącik recenzenta 

    Nie kupowałem serii Astonishing wydawanej przez Muchę z kilku powodów, ale dziś trzymając kolejny tom przygód mutantów w wykonaniu Whedon’a i Cassaday’a widzę, że to był błąd.
            Cassaday, odkąd zobaczyłem jego prace bardzo szybko awansował w mojej hierarchii rysowników, po świetnym kapitanie Ameryce,  i jeszcze lepszym aktualnym tomie wielkiej kolekcji znajduje się w  ścisłej czołówce. Podziwiam w nim to, że pomimo oszczędnej i teoretycznie prostej kreski, tworzy naprawdę wspaniałe kadry, miejscami wręcz spektakularne. Zdecydowanie najlepiej wychodzą mu twarze postaci, zwierzęcy Beast także prezentuje się rewelacyjnie. Cassaday’a wspiera chyba moja ulubiona, i jedna z najlepszych kolorystek jakie widziałem, Laura Martin. Ich wspólne prace idealnie się uzupełniają, i stanowią dla oka czystą przyjemność. Podejrzewam, że nawet jeśli ktoś nie czyta komiksów, to jasne, przejrzyste i wyraziste ilustracje z przyjemnymi dla oka kolorami przypadną mu do gustu.
     Przez fabułę mknie się z prędkością światła. Scenarzysta daje tyle dialogów, ile trzeba, i ani grama więcej. Nie ma rozbudowanych narracji, przez co kolejnych plansz nie zalewa fala tekstu. Sprytnie skomponowana historia, dobrze napisana, z ciekawym zakończeniem i bardzo ciekawym dylematem, przed którym stają mutanci w stosunku do pewnych działań, jakich dopuścił się ich ukochany mentor i nauczyciel  sprawiają, że nie ma się do czego przyczepić, a nawet czeka się na więcej. Zostałem zaskoczony tym, czego dopuścił się Profesor X, i jestem ciekaw, jak też będzie życie mutantów dalej wyglądało. Jeśli chcecie się dowiedzieć, wiecie co robić.



wtorek, 10 grudnia 2013

#290 WKKM 27: Thor



     Sam jestem w szoku, ale powiem krótko: ten komiks naprawdę mi się podobał!
     Dan Jurgens był dla mnie tylko i wyłącznie rysownikiem Supermana. Nie miałem bladego pojęcia, że gość jest tak płodny i tworzy nie dość że dużo, to jeszcze do tego zarówno okładki, jak i plansze oraz scenariusze. Pewnie gdybym dostał taką szansę też byłbym równie pracowity, bo to po prostu wspaniały sposób na życie.
     Jego scenariusz ma cechy, które każdemu miłośnikowi historyjek obrazkowych powinny przypaść do gustu. Uwaga, miłośników historyjek obrazkowych, nie poszukiwaczy wyższych poziomów artyzmu. Ci pewnie nic w tym komiksie nie znajdą, ale tez nie jest to komiks robiony z myślą o nich.
     Thor, główna postać tejże powieści zostaje pokonany przez Niszczyciela, ale oczywiście tak naprawdę nie umiera, no jakże by mógł. To nam jednak nie przeszkadza, bo tak naprawdę historyjka napisana jest naprawdę fajnie. Dużo się dzieje, pojawia się cała gama różnorodnych postaci, a do tego sam pomysł przewodni jest dość przekonujący i ciekawy. Ja bawiłem się przy lekturze bardzo dobrze, wciągła mnie i odstawiłem komiks dopiero po dojściu do ostatniej planszy, gdzie przeżyłem chwile grozy, ale o tym później.
      Romita im starszy, tym lepszy. W przeciwieństwie do komiksu otwierającego Wielką Kolekcję tutaj jego ilustracje sprawiają znacznie lepsze wrażenie. Faceci są wielcy jak góry, kiedy się naparzają to prawie czuć falę uderzeniową. Na planszach dzieje się dużo, sa bajeranckie kadry, na których chce się zostać na chwilę dłużej, jest różnorodnie, kolorysta bardzo fajnie daje rade, słowem, szata graficzna pomimo swoich piętnastu lat daje radę i cieszyła moje oko.
     Na końcu albumu, o wspomniana grozo, nie ma informacji o kontynuacji, co mnie bardzo niepokoi, bo przecież tak naprawdę całą opowieść nie dobiegła do finału.  A ja chciałbym go poznać, bo napięcie zostało nieźle zbudowane i szykuje się ostra zabawa.  Polecam, nie powinniście się zawieść.
     PS: Niech jakiś bardziej doinformowany zawodnik mnie pocieszy i powie, że dalsza część tej historii pojawi się na łamach Wielkiej Kolekcji.

wtorek, 3 grudnia 2013

#289: WKKM26 - Tajne Wojny



53. Amatorski kącik recenzenta   
Świat komiksu w stanach był kiedyś znacznie piękniejszy niż dzisiaj.  Milionowe nakłady komiksów, które dziś czyta się z lekkim uśmieszkiem, i których nikt nie kupiłby gdyby zostały stworzone właśnie teraz.
    Nie wiem, jak to wygląda w rzeczywistości, ale odnoszę wrażenie, że komiks na całym świecie starzeje się , chociaż powoli, ale cały czas. Coraz dojrzalsze historie, coraz wymyślniejsze ilustracje, coraz większy nakład pracy mają dotrzeć do czytelników, którzy od lat „siedzą” w komiksach i coraz trudniej ich zadowolić. Dlatego komiksy, chociaż coraz lepsze i coraz piękniejsze trafiają do coraz mniejszej liczby odbiorców.  
    Autorzy wielkiego wydarzenia, jakim były sekretne wojny byli wolni od takich problemów. W latach 80’ komiks w Ameryce bujnie kwitnął, co przedstawiają właśnie te proste, zwykłe cyfry.
Co tu dużo mówić. Czytając tą historię po latach nie mogę się nią zachwycić, jako porządnym komiksem. Ilustracje są średnie i robione na szybko, bez jakichkolwiek nawet pojedynczych kadrów, nad którymi chciałbym zostać chwilę dłużej. Scenariusz jest prosty, toporny i nie wymagający od nas żadnego myślenia. Wszystkie niuanse, przeżycia i emocje bohaterów mamy podane wprost na tacy w ich przydługich i oderwanych od rzeczywistości monologach. Próba budowania klimatu zawodzi na całej linii, a częste wstawki o tym, jak jeden czy drugi z superherosów tęskni za bliskimi zostawionymi na ziemi powodują we mnie mdłości. Patrząc na ten komiks z dzisiejszej perspektywy to po prostu mydlana opera, która w ogóle mnie nie rajcuje.
    Można też na ten komiks popatrzeć inaczej. Oderwać się od rzeczywistości, wrócić do lat dzieciństwa i zachwycać się jego nieskrępowaną prostotą, przesadnie jaskrawymi kolorami oraz szybko postępującą naprzód akcją. Jeśli spojrzycie na ten komiks tak, jak patrzyliście na komiksy 15, 20 lat temu zachwycicie się bogactwem jego postaci i ogromem wymyślonej koncepcji. I ja tak czytałem ten komiks, uśmiechając się do siebie i wracając do czasów podstawówki. Wtedy wszystko było prostsze i piękniejsze.



piątek, 22 listopada 2013

#286 Mroczna Wieża 5

52.Amatorski kącik recenzenta


       Długo męczyłem się z paczką, w której przyjechał do mnie piąty tom Mrocznej wieży. Drżące ręce, uśmiech niewinnego dziecka na twarzy, dreszcze emocji.... Macie tak ?
       W każdym razie, kiedy już dostałem się do środka poziom ekscytacji opadł w mgnieniu oka. To to...? Pomyślałem w duchu, upewniając się, że nie przysłali mi połowy komiksu. Niestety, moi drodzy. Tom piąty, to najcieńszy komiks z wszystkich wydanych w serii do tej pory. Do tego stopnia cienki, że nie skłamię jeśli powiem że jest połowę cieńszy od pozostałych. Nie wiem, ile zawiera stron, i  czy to przypadkiem nie jest wina coraz cieńszego papieru.  Cena jakoś się skurczyć nie chciała. Zostawmy te drobiazgi na boku. Nie denerwujmy się takimi drobnymi nieprzyjemnościami.
      Przebieg fabuły  i opis historii nie zmienił się ani na jotę. Wszechwładny narrator nadal opowiada, ilustracje służą jaklo dodatek do jego opowiadania. Jeśli do tej pory was to nie zraziło, albo czekaliście na zmiany, cóż, nie ma zmian.
      Czas przejść do głównego zarzutu. Wrócił Jae Lee, ale urlop nie zrobił mu dobrze. W tomie piątym, poza tym, że jest najcieńszy, to jeszcze najmniej się dzieje na planszach. Nie dzieje się prawie nic i nie ma prawie nic poza gadającymi gębami i chmurami kolorowego dymu w tle. Na kilku rozkładówkach znajduje się tak małą ilość ilustracji w ilustracji, że przypomina mi to zawartość mięsa w niektórych parówkach.  Są perełki, jako całość nadal ma to magiczny klimat.... ale nie tego się spodziewałem. Taki poziom zajęcia plansz zachwyciłby mnie  przy pierwszym zetknięciu się z komiksem, nie po czterech tomach, z których dwa pierwsze mnie powaliły. Cienki komiks spore  rozczarowanie. Z drżeniem oczekuję na kolejną część. Ale nie jest to już drżenie ekscytacji, a strachu.
      Ps: Pamiętajcie, pisałem o Mrocznej Wieży, komiksie ponadprzeciętnym. Tylko tom 5 ostaje od pozostałych, choć nadal jest piękny :)


czwartek, 7 listopada 2013

#283 WKKM25: Ultimate Spider-Man; Moc i odpowiedzialność

Ultimate Spiderman miał być z założenia opowiedzeniem na nowo historii pająka, ale dopasowaną do bardziej współczesnych realiów. Jaki cel chcieli osiągnąć pomysłodawcy? Oczywiście dotrzeć do nowego, młodszego pokolenia odbiorców. Czy im się udało? Nie wiem, jakie były wyniki sprzedaży tego tytułu. Nie wiem też, co o nim pisali krytycy. Ja osobiście uważam go za dobrze skonstruowany komiks jak na takie zadanie. Historia Parkera jest nieco odświeżona, choć z niewiele zmienionym przebiegiem wydarzeń. Fabuła skupia się głównie na przeżyciu przez Petera śmierci wuja, oraz na młodzieńczej miłości do Mary Jane. Jest rozsądnie, przystępnie, bez nadmiernych wygibasów. Skoro nowy czytelnik, to nie ma co mieszać mu w głowie. Strona graficzna...hm. Nie jestem fanem Bagleya. Ma on swój specyficzny styl, który po prostu mi się nie podoba. Dodatkowo w tej opowieści jego prace są znacznie uproszczone w stosunku do tego, co robił wcześniej... i według mnie to znowu dobre rozwiązanie. Nowy czytelnik dostaje przejrzystą, w miarę przyjemną dla oka kreskę, która ni go nie zachwyci, nie nie odepchnie. Dla nowego czytelnika jest ok. Kolor jak wyżej, amerykański, żywy, komiksowy. Podsumowując, dla nowego czytelnika ten komiks jest bardzo dobrym, wprowadzającym w magię świata marvela produktem. Ale co z czytelnikiem takim jak ja? To średniacki, nie powalający niczym ,nijaki komiks. Sam sobie drogi czytelniku odpowiedz na pytanie, czy sięgnąć po ten album.

poniedziałek, 28 października 2013

#281 WKKM 24: Ultimates



     Ultimates. Świat superbohaterów zrobiony na poważnie. Świat superbohaterów zrobiony przez mistrzów. Świat superbohaterów taki, jaki powinien być, jeśli jest kierowany do starszego czytelnika.
    W tym komiksie nie ma wad. Ilustracja, grafika i scenariusz są doskonałe. Millar stworzył superprawdziwy, całkowicie przekonujący świat, w którym każda z postaci żyje, ma swoje słabostki i miłości, i różni się od innych. Herosi walczą z prawdziwymi zagrożeniami, które są przekonujące i sprawiają, że przekładamy kartki komiksu z wypiekami na twarzy. Nie ma uwznioślających monologów, sztucznego patosu, a i tak czujemy respekt do wypowiedzi i zdarzeń, w które uwikłani są bohaterowie.
      Hitch to geniusz, który wzbił się na nieosiągalne dotąd poziomy komiksowej sztuki. Każdy jego kadr wygląda wspaniale, realizm lokalizacji, postaci, scenerii miażdży. Nie widać w tym komiksie ani jednej słabej planszy, każda z nich jest wspaniała i perfekcyjna. Każda z nich zadaje się być lepsza, bo Hitch nie wypracował sobie swojego stylu i nie przykleił się do nigo jak większość rysowników. On szuka, a w swych poszukiwaniach odkrywa coraz wspanialsze metody na przekazanie czytelnikom historii.
     Na koniec kolorysta Paul Monts, idealnie dobrany do całego projektu.  Buduje klimat, buduje atmosferę, wspaniale uzupełniając i wzbogacając oprawę graficzną.
     Nie ma lepszego amerykańskiego komiksu. Może poza Ultimates 2. I nie muszę widzieć wszystkich tytułów, bo zaraz ktoś mi zarzuci, a co ty wiesz, jak nie widziałeś wszystkich amerykańskich komiksów. Nie muszę, wystarczy, że widziałem Ultimates. 

piątek, 18 października 2013

#280 WKKM20: Daredevil-Odrodzony

49. Amatorski kącik recenzenta



     „O nie, znowu jakiś badziewny klasyk, na którego nie będzie się dało patrzeć i którym
wszyscy się zachwycają, bo napisał to boski Frank” pomyślałem, kiedy ujrzałem okładkę w
kiosku. Na całe szczęście byłem bardzo daleki od prawdy.
      Komiks czyta się bardzo dobrze, i pomimo znacznej ilości tekstu nie odniosłem wrażenia,
żeby był przegadany. Matt traci pracę, dom, kobietę, a za tym wszystkim stoi Ważniak. Nic
dziwnego, że między tymi dwoma panami dochodzi do poważnego konfliktu. Pojawia się
również postać tragiczna, którą jest była dziewczyna Matta, od której tak naprawdę wszystko
się zaczyna. Ach te kobiety…Co tu będę dużo gadał. Frank udowadnia w tym komiksie,
że nie bez podstaw znalazł się na szczycie. I tylko jeden, jeden jedyny cierń kłuje w tej opowieści.... Kiedy Matt już traci pracę, pieniądze, karty kredytowe, dom i stacza się na samo
dno….to nie odczuwamy tego. Ja tego nie odczułem. Matt sobie dalej gdzieś tam śpi, coś tam
je, gdzieś się myje…praktycznie jakby nic się nie zmieniło. Ameryka to musi być piękny kraj,
żeby bezdomnemu i bezrobotnemu nic nie brakowało…
      Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie ilustracje. Z początku odniosłem wrażenie, że to kolejna
masówa lat 80’ i 90’. Ale szybko zmieniłem zdanie, i uważam że gdyby Mazzucchielli’emu [ dżizas] dalej się  chciało rysować i gdyby chciał się rozwijać, byłby dzisiaj w komiksowej czołówce. No cóż,  wybrał inne zajęcia i szkoda, ale takie miał prawo.
      Dobry komiks. Polecam.

poniedziałek, 14 października 2013

#279 WKKM 23: Planeta Hulka



48. Amatorski kącik recenzenta


Hm…w zasadzie nie wiem, od czego zacząć. Hulka chyba prawie każdy lubi, ja na pewno. To jedna z najciekawszych postaci w marvelowskim uniwersum. O ile na ziemi należy do czołówki najpotężniejszych istot, o tyle kto wie, co może się czaić w kosmosie…
Z wstępniaka dowiadujemy się, że Iluminaci doszli do wniosku, że Bannera Nigdy [dokładnie takie zostało użyte sformułowanie] nie uda się uleczyć, dlatego trzeba go wysłać na rajską planetę, ale bez inteligentnego życia, żeby mógł sobie tam hasać po łąkach i lasach. Cóż, plan wziął w łeb i Hulk wylądował na planecie, na której został gladiatorem.
Pomysł co prawda może nie jakiś nadzwyczajny, ale zdecydowanie miał potencjał. Niestety, według mnie scenarzysta Greg Pak kompletnie go nie wykorzystał. Fabuła jest banalna, postaci tak czarno białe, że aż mi to przeszkadza, a nie należę do wysublimowanych odbiorców szukających w komiksach czegoś więcej. Cały komiks można opisać jednym zdaniem. Zły imperator wykorzystuje ludzi, którzy pod przywództwem niezwyciężonego Hulka decydują się na bunt. A ponieważ uciskany lud jest dobry, a imperator zły, więc domyślacie się wyniku tej bajki. No dobra, to były dwa zdania.
W sferze graficznej jest na szczęście znacznie lepiej. Ilustracje się nieźle, sceny walki i kreacje kosmitów wypadają dobrze. Bardzo fajnie wyglądają okładki autorstwa Ladronn’a.
Cóż, to dopiero tom pierwszy. Mam nadzieję, że w tomie drugim nastąpią jakieś zmiany, bo jeśli nie, to będzie to po prostu ładnie narysowana nijaka historia ze zmarnowanym wielkim potencjałem.

poniedziałek, 30 września 2013

#275: WKKM 22 :Marvel Zombies

47. Amatorski kącik recenzenta   

 Bałem się kupować tego komiksu. Po pierwsze, nie podobała mi się okładka. Była odpychająca. Po drugie, superherosi i zombi jakoś mi dziwnie nie pasowali.... Jedno i drugie to była powierzchowna zmyłka, a komiks okazał się jednym z lepszych, jakie miałem przyjemność trzymać w swoich rękach.
     Pomysł jest tak absurdalny, że normalni śmiertelnicy nie mogli na niego wpaść. Co by się stało, gdyby superbohaterowie zamienili się w zombiaki? Jeśli chcecie się dowiedzieć, koniecznie sięgnijcie po ten album. Absurdalny pomysł, świetne, momentami powalające teksty, dużo zabawy a to wszystko narysowane klimatycznie i naprawdę rewelacyjnie. Nie polecam tylko ludziom o słabych żołądkach, czasami jest naprawdę obrzydliwie. Zarówno scenarzysta jak i rysownik wywiązali się doskonale ze swojej roboty. Moment, w którym do akcji wkracza Galactus oraz reakcja wygłodniałych superherosów na jego widok jest po prostu genialna.
     Musicie to przeczytać, jeśli do tej pory się wahaliście, to nie ma co zwlekać ani chwili dłużej. Świetna historia, świetne ilustracje, i tylko mam nadzieję że w ramach kolekcji ujrzymy część drugą w wykonaniu tego samego duetu. Jestem głodny i muszę coś zjeść...

piątek, 27 września 2013

#274 Riddick



46. Amatorski kącik recenzenta  

  Rzadko pojawiają się filmy, na które mam ochotę iść do kina. A to dlatego, że świat w
poszukiwaniu coraz bardziej wysublimowanej rozrywki produkuje tyle natchnionej papki
i gówna, że zwyczajnie mnie ono nie interesuje. Jestem miłośnikiem filmów Rambo i
Terminator. Riddick zdecydowanie dołączył do tego zacnego grona.
      Jeśli chodzicie do kina tak często jak ja, czyli raz, dwa razy do roku na pewno czujecie tę
przyjemną ekscytację, gdy gasną światła. Czy będzie dobry? Czy spełni moje oczekiwania?
Nie będę trzymał was w niepewności. Trzecia odsłona przygód Riddicka jest warta tych
16 PLNów. Zdecydowany powrót do korzeni. Fabuła, jeśli ktoś jest bardzo czepialski dość
podobna do pierwszej części. Ale to nie przeszkadza. Mamy dużo akcji, dużo rozwałki,
a co najważniejsze i co mnie najbardziej urzekło, doskonale kozackie dialogi. Naprawdę
rzadko mi się podobają wypowiedzi bohaterów występujących w filmach. Są często sztuczne,
przesadzone, albo jakieś takie, nijakie. Tutaj mamy samo zajebiście soczyste mięcho, a postać
najemnika Santany to wręcz wirtuozeria.
     Film ma tylko dwa minusy. Te dwa minusy to sytuacje, w których Riddick na głowę bije
Johna Rambo, który prochem z pocisku karabinowego przepala sobie ranę w boku dla jej
oczyszczenia. Scenarzysta poszedł odrobinę za daleko w kreowaniu twardości Riddicka,
który po tych dwóch akcjach stracił w moich oczach dość mocno na wiarygodności. Ale jeśli
pominiemy te dwa krótkie wątki, film był świetny. Czekam na kolejne odsłony.

wtorek, 24 września 2013

#273 New X-Men: Imperialni

Amatorski kącik recenzenta


Album Z jak Zagłada kończył się w takim momencie, że wprost nie mogłem się doczekać, co też scenarzysta przygotował dalej. Z podekscytowaniem, którego nie powstydziłby się mój bratanek usadowiłem się na materacu służącym za moje łóżko i zagłębiłem się w lekturze.
            Komiks jest obszerny, to trzeba przyznać. Im dłużej go czytałem, tym bardziej moja ekscytacja słabła. Nova, wspaniała antagonistka pojawia się w znikomych ilościach. Scenariusz skupia się na starciu mutantów z Homo Sapiens, oraz na wyższości jednych nad drugimi. Nie tego oczekiwałem. Temat różnic rasowych jest tak często poruszany w przypadku mutantów, że śmiało można nazwać go oklepanym. Po niesamowicie wciągającym, poprzednim albumie, z doskonale prezentującym się konfliktem oraz jednym z najlepszych przeciwników, z jakim mutantom przyszło się zmierzyć mamy zwykłą bitkę, z gadkami które nijak mnie nie wzruszyły. Nie mówię, że scenariusz jest zły. Jest dobry, ale mam wrażenie, jakbym poszedł do kina na znacznie słabszą część drugą. Spodziewałem się bomby atomowej, a dostałem dynamit.
            O ile scenariusz jeszcze trzyma poziom, jego jedynym problemem jest fakt, że poprzednim razem był znacznie lepszy, to z rysownikami jest o wiele gorzej. Frank daje radę i nie wiem, po co angażować kogo innego? Van Sciver się stara, to mu trzeba przyznać, może po prostu mi nie trafiają do gustu jego ilustracje. Jeszcze obleci. Natomiast prace pana Kordey'a  kładą ten album po całości. Taki potencjał....Superstrażnicy z Gladiatorem na czele to zajebiści kolesie i babki. Na kartach komiksu wyglądają jak niedorobione niedorozwoje. panu Kordey'owi kompletnie nie chciało się rysować, kreska jest byle jaka, schematyczna i do bólu uproszczona. Totalna porażka.
            Te zeszyty, które rysuje Frank polecam. Na resztę szkoda czasu. Album dobry, ale poprzednik za bardzo mnie nakręcił i rozczarowałem się.