Wolverine aka Rosomak. To imię zna każdy miłośnik komiksów.Tę postać kochają fani komiksów na całym świecie. Rosomak należy do najbardziej popularnych superbohaterów wszech czasów i znajduje się w ścisłej ekstraklasie, pozostawiając daleko w tyle swoich pozostałych kompanów posiadających geny X.
Ta postać posiada dwa elementy, które wywindowały ją na szczyty popularności. Pierwszym z nich jest mroczny, skłonny do agresji i walki w pojedynkę charakter Logana, odmienny od większości dobrych chłopców i dziewczyn w trykotach. Drugi element to tajemnice, za którymi skrywana jest przeszłość członka drużyny X-men. "Wolverine: Geneza" to próba uchylenia rąbka tej tajemnicy. Tajemnicy mrocznej i brutalnej z założenia.
Pracą nad komiksem zajęło się trzech doświadczonych i utalentowanych twórców: Paul Jenkins, odpowiedzialny za scenariusz, Andy Kubert - za szkic [dosłownie] i kolorysta Richard Isanove. W prace nad komiksem włączył się sam naczelny Joe Quesada, wykonując także bardzo dobre okładki we współpracy z kolorystą. Przy takiej obsadzie komiks opisujący tajemnice skrywane przez młodość najpopularniejszego mutanta był skazany na sukces, niezależnie od zawartości.
Pierwsze, co uderza po otwarciu albumu, to sposób wykonania ilustracji. Autorzy zrezygnowali z kładzenia tuszu, plansze są szkicami, na które od razu nakładano kolor. Jak podkreśla we wstępie Marco M. Lupoi, to nowatorska metoda, którą Marvel dopiero wprowadzał w życie. Może się to podobać lub nie, w zależności od preferencji, więc co do samej techniki nie można mieć zarzutu. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda nieźle. Gorzej, jeśli sięgamy po komiks po raz drugi, już na spokojnie. Andy Kubert jest świetnym rysownikiem, który naprawdę wiele potrafi, ma swój styl i wiele niezłych tytułów na koncie. Niestety, w tak przełomowym komiksie jego prace nie stają na wysokości zadania. W dodatkach możemy się dowiedzieć, jak zaczytywał się w książkach o epoce z czasów scenariusza, w celu poszukiwania referencji, czego nie widać w komiksie. Ubrania postaci są monotonne i prawie współczesne, a dodanie uszanki czy żabotu to raczej niewiele. Scenerie są uproszczone i niesamowicie tendencyjne. Akcja, dziejąca się najpierw w pełnym - przynajmniej w teorii - przepychu zamku, a potem w biedakamieniołomie niewiele się różni, bo niewiele tam widać. Przytłaczająca większość ujęć jest do siebie podobna, bez ciekawych kompozycji czy położenia kamery. Kilka pojedynczych scen, na których Logan wyraża jakiekolwiek emocje, wygląda beznadziejnie, zupełnie jakby rysownik nie radził sobie z twarzą Logana w innym grymasie niż naburmuszonym. Oczywiście nie oznacza to, że te szkice są złe, po prostu Andy Kubert ma o wiele większy potencjał, którego z niewiadomych przyczyn nie wykorzystał.
Richard Isanove prezentuje się o wiele lepiej i tak naprawdę to on gra pierwsze skrzypce w szacie graficznej. Bogate, piękne, zróżnicowane kolory sprawiają, że mamy wrażenie oglądania baśni, a nie komiksu. Jest jedno ale. Te kolory są zbyt piękne, zbyt cukierkowe, zbyt jaskrawe. Dlaczego? Dlatego, że scenariusz Jenkinsa ma ambicję opowiadać historię o znacznym kawałku życia Logana. Zataczając krąg wracamy do momentu, w którym otwieramy komiks po raz drugi, tym razem czytając go. Ten "kawałek" to cała młodość, która przebiegała w niedostatku, strachu i napięciu. Do mrocznej atmosfery zdecydowanie nie przystają puszyste chmurki i różowe odcienie, nawet najwyższej jakości.
W przypadku scenariusza pojawia się podobny problem jak w przypadku ilustracji. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda nieźle. Mamy zgrabnie opowiedzianą historię, z niezłym i zaskakującym punktem zwrotnym, z konfliktem, z namiętnościami. Schody zaczynają się w momencie, jak weźmiemy komiks do ręki po raz drugi i trochę się nad nim zastanowimy. Najsłabszym elementem całej powieści jest to, co stanowi o sile prawie każdej historii i postaci. Są sztampowe, wyświechtane, nieoryginalne i całkowicie czarno-białe. Mamy złego, grubego kucharza okradającego niewinnych, biednych pracowników. Mamy wierną, pulchną służącą kryjącą sekrety swej pani. Mamy starego, skąpego założyciela rodu, mamy konflikt pokoleń między ojcem a synem, wspaniałą, niezłomną niewiastę rozświetlającą mrok [brakuje już tylko, żeby do tego była "niewinną" prostytutką], koniuszego-lokaja, poczciwego chłopa z cygarem, ojca pijaka oraz zarządcę kopalni, który w całym brudzie świata okazuje się porządnym człowiekiem. Do tego twórcy dokładają jeszcze zakazaną historię miłosną oraz nieodwzajemnioną historię miłosną, obie wyłożone w dość łopatologiczny sposób. Nie lepiej wypada próba przedstawienia skromnych warunków bytowych Logana, które w sposób widoczny wpływają na jego życiowe losy. Bieda jest mało przekonująca. Nie miałoby to znaczenia, gdyby nie fakt, że jest to jeden z głównych powodów, dla których Logan musi pędzić życie wyrzutka i który doprowadza do wielkiego dramatu pod koniec historii. Może ciężko pisać o głodzie i chłodzie, jeśli nigdy się go nie doświadczyło? A może amerykańskim czytelnikom takie powierzchowne potraktowanie tematu w zupełności wystarcza i zachwycają się komiksem mimo wszystko?
Dochodzimy do końca tej przydługiej analizy, ale jej długość podyktowana jest chęcią wyrażenia emocji, jakie płyną z lektury komiksu o pochodzeniu legendy. A wrażenia te zawierają się w szerokim wachlarzu od zachwytu, krótkiego, ale jednak przy największej fabularnej niespodziance, po rozczarowanie, na koniec zostawiając bardzo wielki niedosyt. Logan jest postacią złożoną, dobrze skonstruowaną, ale opowieść o jego początkach nie osiąga odpowiedniego poziomu głębi. Jest po prostu dobrze zrobionym komiksem, ale bez tego czegoś. "Weapon X" w wykonaniu Windsor Smitha pomimo swojego wieku pozostaje znacznie lepsza pozycją.
Ocena: 6/10
Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka kolekcja komiksów marvela. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wielka kolekcja komiksów marvela. Pokaż wszystkie posty
piątek, 25 kwietnia 2014
wtorek, 15 kwietnia 2014
#321 WKKM35: Ród M
Ród M jest kontynuacją wydarzeń, jakie rozegrały się w dziewiątym tomie Wielkiej kolekcji komiksów Marvela, czyli w "Avengers: Upadek Avengers", przełomowym komiksie zamykającym pewien rozdział w historii Mścicieli. Wanda Maximoff, córka Magneto i jedna z najpotężniejszych mutantek na ziemi straciła rozum i stała się zagrożeniem, które Kapitan wraz z drużyną musieli wyeliminować. Teraz scenarzysta Brian Michael Bendis prowadzi nas przez dalsze wydarzenia i robi to naprawdę dobrze.
Ludzie często zastanawiają się, co by było gdyby. Gdybyśmy zrobili to czy tamto inaczej, jak potoczyłyby się nasze losy. Bendis idzie dalej, zastanawiając się, co by było, gdyby nie jednostka, ale cała społeczność zrobiła coś inaczej. Mściciele wraz z X-Menami kłócą się o to, co należy zrobić z Wandą, a tymczasem ona podejmuje decyzję znacznie szybciej. Peter Parker budzi się obok Gwen i ma dziecko, Logan pracuje w mundurze jako przykładny agent, a Cage jest przywódcą czegoś na kształt ruchu oporu, w świecie zdominowanym i rządzonym przez... mutantów. Ta gigantyczna mistyfikacja ma jednak słabe punkty. Można przymknąć oko na punkt zwrotny (dlaczego akurat ten bohater), ale nie można przejść obojętnie obok rozwiązań fabularnych i motywacji bohaterów. Historia toczy się w z góry zaplanowany sposób i nic nie staje na przeszkodzie kolejnym wydarzeniem. Nikt nie mówi nie, wszyscy zgodnie idą w jedną stronę, nawet jeśli ten kierunek nie jest dla nich z różnych powodów najlepszym rozwiązaniem. Scenarzysta raptem i bez uzasadnienia ogranicza też bohaterów, którzy mają wpływ na fabułę. Zakończenie jednak rekompensuje te mankamenty: skóra zjeży wam się na głowach. Takiego końca raczej nikt się nie spodziewał, a jest to zakończenie genialne, po którym nie będziecie mogli zasnąć, snując domysły.
Pomysły Bendisa przelał na papier Olivier Coipel. Jego kreska należy do tej z gatunku nowoczesnych, ale raczej minimalistycznych. Plansze nie są przeładowane, drugi plan dość prosty, a kadry duże i efektowne. Uderza miejscami dysproporcja pomiędzy głową a resztą ciała, m.in. u Cage'a, ale całość prezentuje się lepiej niż dobrze. Frank D'Armata wyciska z plansz tyle, ile się da, sprawiając, że plansze ogląda się świetnie i jest na co popatrzeć. Oryginalne okładki Ribica dopełniają całości. Dostajemy w nasze ręce sporą cegłę, złożoną z 8 zeszytów, w dobrej cenie, sprawnie narysowaną, świetnie napisaną i z bardzo mocnym zakończeniem, po którym chcemy więcej. Więcej Avengersów, więcej takich komiksów.
Ocena: 8/10
Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.
Ludzie często zastanawiają się, co by było gdyby. Gdybyśmy zrobili to czy tamto inaczej, jak potoczyłyby się nasze losy. Bendis idzie dalej, zastanawiając się, co by było, gdyby nie jednostka, ale cała społeczność zrobiła coś inaczej. Mściciele wraz z X-Menami kłócą się o to, co należy zrobić z Wandą, a tymczasem ona podejmuje decyzję znacznie szybciej. Peter Parker budzi się obok Gwen i ma dziecko, Logan pracuje w mundurze jako przykładny agent, a Cage jest przywódcą czegoś na kształt ruchu oporu, w świecie zdominowanym i rządzonym przez... mutantów. Ta gigantyczna mistyfikacja ma jednak słabe punkty. Można przymknąć oko na punkt zwrotny (dlaczego akurat ten bohater), ale nie można przejść obojętnie obok rozwiązań fabularnych i motywacji bohaterów. Historia toczy się w z góry zaplanowany sposób i nic nie staje na przeszkodzie kolejnym wydarzeniem. Nikt nie mówi nie, wszyscy zgodnie idą w jedną stronę, nawet jeśli ten kierunek nie jest dla nich z różnych powodów najlepszym rozwiązaniem. Scenarzysta raptem i bez uzasadnienia ogranicza też bohaterów, którzy mają wpływ na fabułę. Zakończenie jednak rekompensuje te mankamenty: skóra zjeży wam się na głowach. Takiego końca raczej nikt się nie spodziewał, a jest to zakończenie genialne, po którym nie będziecie mogli zasnąć, snując domysły.
Pomysły Bendisa przelał na papier Olivier Coipel. Jego kreska należy do tej z gatunku nowoczesnych, ale raczej minimalistycznych. Plansze nie są przeładowane, drugi plan dość prosty, a kadry duże i efektowne. Uderza miejscami dysproporcja pomiędzy głową a resztą ciała, m.in. u Cage'a, ale całość prezentuje się lepiej niż dobrze. Frank D'Armata wyciska z plansz tyle, ile się da, sprawiając, że plansze ogląda się świetnie i jest na co popatrzeć. Oryginalne okładki Ribica dopełniają całości. Dostajemy w nasze ręce sporą cegłę, złożoną z 8 zeszytów, w dobrej cenie, sprawnie narysowaną, świetnie napisaną i z bardzo mocnym zakończeniem, po którym chcemy więcej. Więcej Avengersów, więcej takich komiksów.
Ocena: 8/10
Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.
wtorek, 1 kwietnia 2014
#316 Samotna Zielona Kobieta
Jeśli zapytalibyśmy przeciętnego zjadacza komiksów znad Wisły, kim jest Jeniffer Walters, raczej nikt nie wpadłby na to, że to bohaterka komiksów Marvela. She-Hulk to postać drugoligowa, która występowała na kartach komiksów w Polsce naprawdę sporadyczne. Teraz, w ramach wielkiej kolekcji dostajemy z nią cały album, do tego na okładce widnieje ilustracja Adi Granova. Można się spodziewać mocnego uderzenia...
We wstępie do każdego tomu "Wielkiej kolekcji komiksów Marvela" Marco M. Lupoi zawsze zwraca uwagę na powody, dla których dana historia znalazła się w kolekcji. W przypadku "She-Hulk: Samotnej Zielonej Kobiety" już tutaj następuje pierwszy lekki wstrząs, bo te powody są niespecjalnie przekonujące. Mamy wrażenie, jakby słowo wstępne było próbą usprawiedliwienia wyboru tej historii przed czytelnikami oczekującymi na spektakularne, komiksowe dzieła. Zacytujmy fragment: "To komiks o drugoplanowej postaci, która ma niewielki wpływ na główny nurt wydarzeń w uniwersum Marvela. Na jego łamach nie toczą się wydarzenia wpływające na losy wszechświata, nie będziemy też świadkami wielkich bitew, czy pojawienia się jakichś istotnych postaci". Nie zniechęca nas to jednak, świetne komiksy można robić o wszystkim. Szybko przechodzimy dalej, tylko po to, ażeby przeżyć wstrząs numer dwa. Ilustracje... to zupełnie przeciwny biegun tego, co serwuje się nam na okładce. Kreska niewiele już tylko odstająca od bajkowej stylistyki rodem z animacji Walta Disneya, z czasów świetności przed dominacją grafiki komputerowej. Nie jest ona bynajmniej zła. Juan Bobillo operuje zbliżonym do kreskówkowego stylem, w którym za pomocą przerysowań świetnie oddaje emocje bohaterów. W tym dziele mocno wspiera go Chris Chuckery, który fantastycznie ożywia twarze postaci. Ten duet tworzy przyjemne dla oka plansze, które dobrze pasują do konwencji historii, ale raczej nie oferują nic zapadającego na dłużej w pamięci. Niestety, wyżej wymienieni panowie zrobili tylko cztery zeszyty, pozostałe dwa pod względem graficznym są teoretycznie ambitniejsze, ale praktycznie nijakie i nie warte dłuższej wzmianki.
Co więc powinno nas w tym komiksie zachwycić? Całość fabuły można streścić w jednym zdaniu, więc uwaga, teraz będzie spojler. Trzydziesty czwarty tom opowiada o Jenifer Walters, która zostaje zatrudniona w firmie prawniczej specjalizującej się w superprawie, w którym w sprawy kryminalne zamieszane są osobniki z problemami przekraczającymi możliwości normalnego kodeksu karnego, tam też przeżywa swoje przygody. I tyle. Żadnej genialnej intrygi. Żadnej spektakularnej tajemnicy. Żadnego wielkiego wydarzenia. Nawet żadnego wielkiego uczucia. Komiks czyta się lekko, Jeniffer daje się lubić, epizod ze Spider-Manem pozywającym Jamesona jest naprawdę dobry. Przewijająca się przez cały komiks, z pozoru zbędna postać dziwacznego Alestrasznego Andy'ego okazuje się sprytnym zabiegiem, świadczącym o dokładnym zaplanowaniu całej opowieści. Tak więc w trakcie lektury "Samotnej Zielonej Kobiety" polubimy Jeniffer Walters i spędzimy miło parę chwil. I tylko tyle. Więcej do tego albumu nie ma po co wracać.
Dochodzimy do kwestii zasadniczej. Czy ten komiks, średnio wciągający, o lekkiej kresce i fabule, ale bez znamion czegoś fascynującego powinien się pojawić w kolekcji? Skorzystajmy raz jeszcze z doskonale sformułowanych myśli ze wstępu, gdzie znalazło się wszystko, co można powiedzieć o tym albumie: "Wiele osób może twierdzić, że She-Hulk nie powinna znaleźć się w tej kolekcji. Można spokojnie obyć się bez znajomości treści tego albumu". Nic dodać, nic ująć. Ten komiks jest po prostu za słaby, żeby stawiać go koło takich dzieł jak "Marvels", "Ultimates", "Zimowy żołnierz" czy wielu, wielu innych i pojawił się w kolekcji niepotrzebnie. Prawie nikogo raczej nie zachwyci, i nie sądzę, żeby właśnie ta pozycja przyciągnęła nowych czytelników. Dałbym nawet ocenę sześć, bo to nie jest zły komiks, ale słaba końcówka na to nie zasługuje...
Ocena: 5/10
Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.
We wstępie do każdego tomu "Wielkiej kolekcji komiksów Marvela" Marco M. Lupoi zawsze zwraca uwagę na powody, dla których dana historia znalazła się w kolekcji. W przypadku "She-Hulk: Samotnej Zielonej Kobiety" już tutaj następuje pierwszy lekki wstrząs, bo te powody są niespecjalnie przekonujące. Mamy wrażenie, jakby słowo wstępne było próbą usprawiedliwienia wyboru tej historii przed czytelnikami oczekującymi na spektakularne, komiksowe dzieła. Zacytujmy fragment: "To komiks o drugoplanowej postaci, która ma niewielki wpływ na główny nurt wydarzeń w uniwersum Marvela. Na jego łamach nie toczą się wydarzenia wpływające na losy wszechświata, nie będziemy też świadkami wielkich bitew, czy pojawienia się jakichś istotnych postaci". Nie zniechęca nas to jednak, świetne komiksy można robić o wszystkim. Szybko przechodzimy dalej, tylko po to, ażeby przeżyć wstrząs numer dwa. Ilustracje... to zupełnie przeciwny biegun tego, co serwuje się nam na okładce. Kreska niewiele już tylko odstająca od bajkowej stylistyki rodem z animacji Walta Disneya, z czasów świetności przed dominacją grafiki komputerowej. Nie jest ona bynajmniej zła. Juan Bobillo operuje zbliżonym do kreskówkowego stylem, w którym za pomocą przerysowań świetnie oddaje emocje bohaterów. W tym dziele mocno wspiera go Chris Chuckery, który fantastycznie ożywia twarze postaci. Ten duet tworzy przyjemne dla oka plansze, które dobrze pasują do konwencji historii, ale raczej nie oferują nic zapadającego na dłużej w pamięci. Niestety, wyżej wymienieni panowie zrobili tylko cztery zeszyty, pozostałe dwa pod względem graficznym są teoretycznie ambitniejsze, ale praktycznie nijakie i nie warte dłuższej wzmianki.
Co więc powinno nas w tym komiksie zachwycić? Całość fabuły można streścić w jednym zdaniu, więc uwaga, teraz będzie spojler. Trzydziesty czwarty tom opowiada o Jenifer Walters, która zostaje zatrudniona w firmie prawniczej specjalizującej się w superprawie, w którym w sprawy kryminalne zamieszane są osobniki z problemami przekraczającymi możliwości normalnego kodeksu karnego, tam też przeżywa swoje przygody. I tyle. Żadnej genialnej intrygi. Żadnej spektakularnej tajemnicy. Żadnego wielkiego wydarzenia. Nawet żadnego wielkiego uczucia. Komiks czyta się lekko, Jeniffer daje się lubić, epizod ze Spider-Manem pozywającym Jamesona jest naprawdę dobry. Przewijająca się przez cały komiks, z pozoru zbędna postać dziwacznego Alestrasznego Andy'ego okazuje się sprytnym zabiegiem, świadczącym o dokładnym zaplanowaniu całej opowieści. Tak więc w trakcie lektury "Samotnej Zielonej Kobiety" polubimy Jeniffer Walters i spędzimy miło parę chwil. I tylko tyle. Więcej do tego albumu nie ma po co wracać.
Dochodzimy do kwestii zasadniczej. Czy ten komiks, średnio wciągający, o lekkiej kresce i fabule, ale bez znamion czegoś fascynującego powinien się pojawić w kolekcji? Skorzystajmy raz jeszcze z doskonale sformułowanych myśli ze wstępu, gdzie znalazło się wszystko, co można powiedzieć o tym albumie: "Wiele osób może twierdzić, że She-Hulk nie powinna znaleźć się w tej kolekcji. Można spokojnie obyć się bez znajomości treści tego albumu". Nic dodać, nic ująć. Ten komiks jest po prostu za słaby, żeby stawiać go koło takich dzieł jak "Marvels", "Ultimates", "Zimowy żołnierz" czy wielu, wielu innych i pojawił się w kolekcji niepotrzebnie. Prawie nikogo raczej nie zachwyci, i nie sądzę, żeby właśnie ta pozycja przyciągnęła nowych czytelników. Dałbym nawet ocenę sześć, bo to nie jest zły komiks, ale słaba końcówka na to nie zasługuje...
Ocena: 5/10
Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.
wtorek, 18 marca 2014
#314 Spiderman: Niebieski
Porządna komiksowa recenzja powinna w sobie zawierać porównanie opisywanego tekstu do czegoś starszego, bardziej znanego, co od razu uświadomi czytelnikowi, z czym ma do czynienia. Tak się przyjęło. Najlepiej, jeśli byłby to komiks. Nasuwa się pytanie, czy dobry komiks wymaga porównywania do czegoś starszego? Czy trzeba pamiętać archiwalne numery, żeby zrozumieć sens czytanego właśnie teraz albumu? Wierzę, że dobry album z zamkniętą historią powinien móc przeczytać ktokolwiek, nawet jeśli nigdy w życiu nie czytał komiksów. Wielka kolekcja komiksów Marvela Hachette ma w założeniu walczyć także o nowych klientów, czyli nieobarczonych nadmiarem wiedzy z superbohaterskiego uniwersum. Chcąc połączyć porównanie do czegoś starszego, z brakiem komiksowego doświadczenia, zaproponowałbym serial Playboya, z dźwięcznie brzmiącym tytułem „Z pamiętnika czerwonego pantofelka”. Ten serial więcej czytelników powinno kojarzyć, a chodziło w nim oczywiście o pokazywanie ładnych pań i panów w różnych scenografiach, bez nadmiernego angażowania się w psychikę tych postaci.
Skąd wzięło się to, może nieco dziwne na pierwszy rzut oka zestawienie? W „Pamiętniku...” mamy proste historyjki, służące do pokazania nagości. Prawie anonimowe postaci oddają się fantazyjnym wspomnieniom, tudzież marzeniom, wydarzenia między nimi są pozbawione jakiejkolwiek głębi, a dialogi są elementem trzecioplanowym. To tylko pretekst do pokazania scen erotycznych, do pokazania obrazów. "Spider-Man. Niebieski" z założenia miał na nowo opowiedzieć o traumatycznym wydarzeniu z życia Petera Parkera, czyli o śmierci Gwen. Na nowo, czyli zapominamy o tym, co było, i zaczynamy raz jeszcze.
Komiks skupiający się na relacjach międzyludzkich to komiks trudny. Jest wiele dróg do wprowadzenia czytelnika do świata postaci zapełniających karty komiksu. Jeph Loeb poszedł niestety łatwą drogą. Peter, dorastający młody człowiek wyciąga magnetofon i nagrywa na nim swoje przemyślenia. O uczuciach bohaterów nie dowiadujemy się z rozmów czy wydarzeń, nie z ich działań czy reakcji, lecz z narracji. W zasadzie, nie wiemy nic o tym, co myślą bohaterowie, poza Peterem, który podaje nam swoje uczucia na tacy, to znaczy na taśmie. Dwie kobiety, które zmieniły życie Petera Parkera, w tym komiksie pełnią rolę statystek, które z powodów nieznanych dla niedoświadczonego czytelnika adorują Petera, mając do wyboru przystojnego futbolistę czy spadkobiercę wielkiego majątku. Z komiksu nie dowiemy się, co nimi kierowało i co dostrzegły w Peterze. Sceny przedstawione w komiksie są prawie całkiem pozbawione ładunku emocjonalnego, ponieważ służą tylko jako scenografia do narracji Petera. Ten zabieg właśnie przywołuje w pamięci obraz leżącego na łóżku człowieka, który oddając się wspomnieniom czy fantazjom, widzi oczyma wyobraźni mniej lub bardziej efektowne obrazy. Problem polega na tym, że komiks miał za zadanie skupić się właśnie na emocjach, nie na obrazach.
Tim Sale wcale nie ratuje sytuacji. Jego ilustracje są proste. Mimika postaci prawie nie istnieje, a co za tym idzie, sceny jeszcze bardziej tracą na emocjach. Przeplatający się przez cały komiks wątek walki pajęczaka z najbardziej znanymi przeciwnikami nie robi w zasadzie żadnego wrażenia, a walki, które mogłyby być efektowne, są przedstawione na kilku prostych kadrach. Mary Jane sprawia wrażenie pustej imprezowiczki, którą tak naprawdę nigdy nie była. A o Gwen nie dowiemy się praktycznie niczego. Nie przeżyłem jej śmierci w tym komiksie. Po prostu o niej przeczytałem.
Ocena: 4/10
Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.
Skąd wzięło się to, może nieco dziwne na pierwszy rzut oka zestawienie? W „Pamiętniku...” mamy proste historyjki, służące do pokazania nagości. Prawie anonimowe postaci oddają się fantazyjnym wspomnieniom, tudzież marzeniom, wydarzenia między nimi są pozbawione jakiejkolwiek głębi, a dialogi są elementem trzecioplanowym. To tylko pretekst do pokazania scen erotycznych, do pokazania obrazów. "Spider-Man. Niebieski" z założenia miał na nowo opowiedzieć o traumatycznym wydarzeniu z życia Petera Parkera, czyli o śmierci Gwen. Na nowo, czyli zapominamy o tym, co było, i zaczynamy raz jeszcze.
Komiks skupiający się na relacjach międzyludzkich to komiks trudny. Jest wiele dróg do wprowadzenia czytelnika do świata postaci zapełniających karty komiksu. Jeph Loeb poszedł niestety łatwą drogą. Peter, dorastający młody człowiek wyciąga magnetofon i nagrywa na nim swoje przemyślenia. O uczuciach bohaterów nie dowiadujemy się z rozmów czy wydarzeń, nie z ich działań czy reakcji, lecz z narracji. W zasadzie, nie wiemy nic o tym, co myślą bohaterowie, poza Peterem, który podaje nam swoje uczucia na tacy, to znaczy na taśmie. Dwie kobiety, które zmieniły życie Petera Parkera, w tym komiksie pełnią rolę statystek, które z powodów nieznanych dla niedoświadczonego czytelnika adorują Petera, mając do wyboru przystojnego futbolistę czy spadkobiercę wielkiego majątku. Z komiksu nie dowiemy się, co nimi kierowało i co dostrzegły w Peterze. Sceny przedstawione w komiksie są prawie całkiem pozbawione ładunku emocjonalnego, ponieważ służą tylko jako scenografia do narracji Petera. Ten zabieg właśnie przywołuje w pamięci obraz leżącego na łóżku człowieka, który oddając się wspomnieniom czy fantazjom, widzi oczyma wyobraźni mniej lub bardziej efektowne obrazy. Problem polega na tym, że komiks miał za zadanie skupić się właśnie na emocjach, nie na obrazach.
Tim Sale wcale nie ratuje sytuacji. Jego ilustracje są proste. Mimika postaci prawie nie istnieje, a co za tym idzie, sceny jeszcze bardziej tracą na emocjach. Przeplatający się przez cały komiks wątek walki pajęczaka z najbardziej znanymi przeciwnikami nie robi w zasadzie żadnego wrażenia, a walki, które mogłyby być efektowne, są przedstawione na kilku prostych kadrach. Mary Jane sprawia wrażenie pustej imprezowiczki, którą tak naprawdę nigdy nie była. A o Gwen nie dowiemy się praktycznie niczego. Nie przeżyłem jej śmierci w tym komiksie. Po prostu o niej przeczytałem.
Ocena: 4/10
Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.
piątek, 14 lutego 2014
#303 WKKM32: Avengers Ucieczka
59. Amatorski kącik recenzenta
Bendis [ poobnie jak G. Johns od konkurencji ] należy do
uznawanych aktualnie za topowych, a do mnie kompletnie nie przemawiających
scenarzystów. Nie wiem, od czego to zależy, przecież nie szukam w komiksach
wyższych wartości, ambitnych tekstów, ani prawd objawionych. Komiks Bendisa błyszczy
tylko kilkoma fajnymi tekstami, niczym więcej.
O co biega? Nie do końca mogę powiedzieć, jako że komiks
kończy się zanim dowiadujemy się, jaką dla nas scenarzysta zaplanował intrygę.
Może ten fakt też działa ujemnie, w zasadzie nie powinno się oceniać komiksu
przed poznaniem całości, ale taki komiks biorę do ręki i taki czytam. A dowiemy
się tyle, że superprzestępcy [ poza Carnage,m, którego najciekawsza postać
supebohaterska tego komiksu, czyli Sentry roznosi bez mrugnięcia, co jest fajowskie ci superprzestępcy to jakieś w
przeważającej części płotki ] za pomocą Elektro uciekają z paki, a
najpopularniejsi herosi Marvela[ Ci, którzy dorobili się własnych ekranizacji]
zbijają się w kupę i powstaje nowe Avengers. Wow, ale to było zachwycające.
A co z Cage,m i
Spiderwoman zapytacie? Już spieszę wyjaśnić moją teorię. Cage ze swoim
aktualnym wizerunkiem to nie jest superbohater. To czarnoskóry twardziel o
ciętym dowcipie, którego autorzy dorzucili żeby nie było zarzutów
dyskryminacji, no przecież jakiś Afroamerykanin być musi w amerykańskiej supergrupie.
Co do babki sprawa jest jeszcze prostsza i nie wymagażadnych teorii.
Z Finchem nie jest lepiej. Rewelacyjne ilustracje, zwłaszcza
w większym formacie wypadają z pamięci po zetknięciu się z topornymi scenami
zwykłych rozmów. Finch świetnie sobie radzi w konwencji superhero, kostiumach,
walce, ale sceny statyczne, a zwłaszcza twarze wychodzą mu po prostu lipnie. Te
wiecznie smutne oczy Kapitana i Tony’ego odpychają już po kilku kadrach.
Nie wiem, czy to ze mną coś jest nie tak, czy tez ten komiks
nie jest taki, jaki być powinien. Sprawdźcie sami.
środa, 12 lutego 2014
#302 WKKM 31: Kapitan Ameryka- Wybraniec
Pierwsza Krew to mój ulubiony film, najlepszy jaki
oglądałem. Przynajmniej raz w roku zaliczam całą serię, [bo te współczesne
filmy są jakieś takie.... pluszowe], ale część pierwsza jest ...no
najlepsza. Nie mam ulubionego komiksu,
książki, ani nawet zespołu muzycznego. Film owszem.
Czytałem
oczywiście książkę Morrella.. Nie była już tak zachwycająca [może gdybym przeczytał ją przed obejrzeniem filmu...] i przyznaję, że goście
robiący film wprowadzili zmiany głównie na dobre. Toteż film jest
lepszy niż książka, a książka jest lepsza niż...komiks.
Wiem, wiem, komiks
nie ma nic wspólnego z Rambo, przecież to Kapitan Ameryka. Niestety.
Mamy żołnierza, niestety w porównaniu do filmowego Johna to
uwspółcześniona, targana rozterkami wersja, która działa mi na nerwy. Ludzie,
czy żołnierze amerykańscy są tak głupi, że zgłaszają się do wojska, bo nie
wiedzą, że tam jest ciężko? Liczą na wczasy? To tak, jakby kierowca autobusu
płakał, że musi prowadzić autobus, a piekarz, że musi piec chleb. Z tą różnicą,
że kierowca czy piekarz nie musieli się zgłaszać na ochotnika, może życie ich
do tego pchnęło. Żołnierz zgłosił się dobrowolnie.
Więc, poza płaczącym żołnierzem, który uświadamia nam, po
raz kolejny, jakie życie biednych amerykańskich
żołnierzy jest trudne, mamy idiotycznie schematyczny obraz „terrorystów” .
Bomba, dżihad, samochód pułapka, czyli to, z czym terroryzm kojarzy się masom. Genialne i jakże odkrywcze, nawet dla niewymagającego zawodnika, jakim jestem.
Zostaje Kapitan, tutaj sprawa się nieco komplikuje. Sam
pomysł na powiązanie go z wydarzeniami, z którym musicie się zapoznać poprzez lekturę jest niezły, chociaż trochę
napompowany. Nie jestem w stanie się zdecydować, czy zwiększa, czy zmniejsza
poziom komiksu, może za jakiś czas wracając do tego komiksu doznam olśnienia.
Breitweiser rysuje fajnie i dość podobnie do Cassadaya [albo
Cassaday do niego] Jeśli komuś taki prosty, ale wyraźny styl, bez drugiego
planu odpowiada, nie powinien być zawiedziony. Dobrze spisuje się Reber,
którego stonowane, spokojne i proste barwy robią świetny klimat. Po raz kolejny ja się pytam, czemu kolorystów nie wymienia się obok rysownika na okładce? Robi równie konkretną robotę. Zatem, moi
drodzy, gdyby nie było filmu, pewnie nikt nie pamiętałby by o Johnie Rambo i
jego autorze. Ale jest, i to jest najważniejsze.
piątek, 10 stycznia 2014
#296 WKKM: Demon w Butelce
Amatorski kącik recenzenta
Przez ostatnie trzydzieści lat świat się bardzo zmienił.
Komiks również. A do tego wszystkiego ja sam się dokładnie o tyle zestarzałem. Pomimo tych wszystkich zmiennych nadal
pasjonują mnie komiksy. Demon w butelce nie pasjonował
mnie w najmniejszym stopniu.
Jedynym zaskoczeniem tego komiksu są rysunki. I nie jest to
również pozytywne zaskoczenie. Nie są złe, nic nie można im od strony
technicznej zarzucić. Jednak dzisiaj wydają się archaiczne, bez dynamiki, bez
emocji, po prostu poprawne. Rysownikiem jest nie kto inny, jak zdecydowanie
przodujący w wielkiej kolekcji John Romita JR. Gdyby nie napisali jego nazwiska w stopce, nigdy bym
nie uwierzył, że on to narysował. Nie widać najmniejszego śladu jego bardzo
charakterystycznej w późniejszych latach kreski. Kompletnie żadnego
podobieństwa, przeszukiwałem kadry w poszukiwaniu chociażby jednego
charakterystycznego elementu, ale nie znalazłem nic. Godna podziwu
transformacja nastąpiła w późniejszych latach u JRJR.
Scenariusz choruje
na tego samego wirusa, na który chorowało większość starych komiksów. Jest mało
przekonujący, naiwny, zwroty akcji nie zaskakują, a bohaterowie pomimo prób ich
uczłowiecznienia są płascy, bez wyrazu i bez napięcia. Przełomowy temat, jakim
było poruszenie alkoholizmu na kartach komiksu [przynajmniej według jak zwykle
skromnego i mało pochwalnego słowa wstępnego] kończy się na jednej stronie, gdzie
Tony pod wpływem paru zdań swojej przyjaciółki postanawia skończyć z nałogiem.
Wzruszyłem się jak nigdy.
Trzeba chyba podjąć
tą trudną, ale konieczną decyzję, i podarować sobie zakup komiksów, które na
pierwszy rzut oka nie mogą dziś zachwycać, przynajmniej mnie. Jest tyle
świetnych komiksów, że starociom powinniśmy dać już spokojnie leżakować w archiwach, lub na półkach
ludzi którzy z nimi dorastali.Za tą kasę można mieć np kontynuację Thora, którego brzydaki wydali tylko część pierwszą.
niedziela, 22 grudnia 2013
#291 WKKM: X-men Niebezpieczni
55. Amatorski kącik recenzenta
Nie
kupowałem serii Astonishing wydawanej przez Muchę z kilku powodów, ale dziś
trzymając kolejny tom przygód mutantów w wykonaniu Whedon’a i Cassaday’a widzę,
że to był błąd.
Cassaday,
odkąd zobaczyłem jego prace bardzo szybko awansował w mojej hierarchii rysowników,
po świetnym kapitanie Ameryce, i jeszcze
lepszym aktualnym tomie wielkiej kolekcji znajduje się w ścisłej czołówce. Podziwiam w nim to, że pomimo
oszczędnej i teoretycznie prostej kreski, tworzy naprawdę wspaniałe kadry,
miejscami wręcz spektakularne. Zdecydowanie najlepiej wychodzą mu twarze
postaci, zwierzęcy Beast także prezentuje się rewelacyjnie. Cassaday’a wspiera
chyba moja ulubiona, i jedna z najlepszych kolorystek jakie widziałem, Laura
Martin. Ich wspólne prace idealnie się uzupełniają, i stanowią dla oka czystą
przyjemność. Podejrzewam, że nawet jeśli ktoś nie czyta komiksów, to jasne,
przejrzyste i wyraziste ilustracje z przyjemnymi dla oka kolorami przypadną mu
do gustu.
Przez fabułę
mknie się z prędkością światła. Scenarzysta daje tyle dialogów, ile trzeba, i ani
grama więcej. Nie ma rozbudowanych narracji, przez co kolejnych plansz nie
zalewa fala tekstu. Sprytnie skomponowana historia, dobrze napisana, z ciekawym
zakończeniem i bardzo ciekawym dylematem, przed którym stają mutanci w stosunku
do pewnych działań, jakich dopuścił się ich ukochany mentor i nauczyciel sprawiają, że nie ma się do czego przyczepić,
a nawet czeka się na więcej. Zostałem zaskoczony tym, czego dopuścił się
Profesor X, i jestem ciekaw, jak też będzie życie mutantów dalej wyglądało.
Jeśli chcecie się dowiedzieć, wiecie co robić.
wtorek, 10 grudnia 2013
#290 WKKM 27: Thor
Sam jestem w szoku, ale powiem krótko: ten komiks naprawdę
mi się podobał!
Dan Jurgens był dla mnie tylko i wyłącznie rysownikiem
Supermana. Nie miałem bladego pojęcia, że gość jest tak płodny i tworzy nie
dość że dużo, to jeszcze do tego zarówno okładki, jak i plansze oraz
scenariusze. Pewnie gdybym dostał taką szansę też byłbym równie pracowity, bo
to po prostu wspaniały sposób na życie.
Jego scenariusz ma cechy, które każdemu miłośnikowi historyjek
obrazkowych powinny przypaść do gustu. Uwaga, miłośników historyjek
obrazkowych, nie poszukiwaczy wyższych poziomów artyzmu. Ci pewnie nic w tym
komiksie nie znajdą, ale tez nie jest to komiks robiony z myślą o nich.
Thor, główna postać
tejże powieści zostaje pokonany przez Niszczyciela, ale oczywiście tak naprawdę
nie umiera, no jakże by mógł. To nam jednak nie przeszkadza, bo tak naprawdę
historyjka napisana jest naprawdę fajnie. Dużo się dzieje, pojawia się cała
gama różnorodnych postaci, a do tego sam pomysł przewodni jest dość
przekonujący i ciekawy. Ja bawiłem się przy lekturze bardzo dobrze, wciągła
mnie i odstawiłem komiks dopiero po dojściu do ostatniej planszy, gdzie
przeżyłem chwile grozy, ale o tym później.
Romita im starszy,
tym lepszy. W przeciwieństwie do komiksu otwierającego Wielką Kolekcję tutaj
jego ilustracje sprawiają znacznie lepsze wrażenie. Faceci są wielcy jak góry,
kiedy się naparzają to prawie czuć falę uderzeniową. Na planszach dzieje się
dużo, sa bajeranckie kadry, na których chce się zostać na chwilę dłużej, jest
różnorodnie, kolorysta bardzo fajnie daje rade, słowem, szata graficzna pomimo
swoich piętnastu lat daje radę i cieszyła moje oko.
Na końcu albumu, o wspomniana grozo, nie ma informacji o
kontynuacji, co mnie bardzo niepokoi, bo przecież tak naprawdę całą opowieść
nie dobiegła do finału. A ja chciałbym
go poznać, bo napięcie zostało nieźle zbudowane i szykuje się ostra zabawa. Polecam, nie powinniście się zawieść.
PS: Niech jakiś bardziej doinformowany zawodnik mnie
pocieszy i powie, że dalsza część tej historii pojawi się na łamach Wielkiej
Kolekcji.
wtorek, 3 grudnia 2013
#289: WKKM26 - Tajne Wojny
53. Amatorski kącik recenzenta
Świat komiksu w stanach był kiedyś znacznie piękniejszy niż
dzisiaj. Milionowe nakłady komiksów,
które dziś czyta się z lekkim uśmieszkiem, i których nikt nie kupiłby gdyby
zostały stworzone właśnie teraz.
Nie wiem, jak to wygląda w rzeczywistości, ale odnoszę
wrażenie, że komiks na całym świecie starzeje się , chociaż powoli, ale cały
czas. Coraz dojrzalsze historie, coraz wymyślniejsze ilustracje, coraz większy
nakład pracy mają dotrzeć do czytelników, którzy od lat „siedzą” w komiksach i
coraz trudniej ich zadowolić. Dlatego komiksy, chociaż coraz lepsze i coraz
piękniejsze trafiają do coraz mniejszej liczby odbiorców.
Autorzy wielkiego wydarzenia, jakim były sekretne wojny byli
wolni od takich problemów. W latach 80’
komiks w Ameryce bujnie kwitnął, co przedstawiają właśnie te proste, zwykłe
cyfry.
Co tu dużo mówić. Czytając tą historię po latach nie mogę
się nią zachwycić, jako porządnym komiksem. Ilustracje są średnie i robione na
szybko, bez jakichkolwiek nawet pojedynczych kadrów, nad którymi chciałbym
zostać chwilę dłużej. Scenariusz jest prosty, toporny i nie wymagający od nas
żadnego myślenia. Wszystkie niuanse, przeżycia i emocje bohaterów mamy podane
wprost na tacy w ich przydługich i oderwanych od rzeczywistości monologach. Próba
budowania klimatu zawodzi na całej linii, a częste wstawki o tym, jak jeden czy
drugi z superherosów tęskni za bliskimi zostawionymi na ziemi powodują we mnie
mdłości. Patrząc na ten komiks z dzisiejszej perspektywy to po prostu mydlana
opera, która w ogóle mnie nie rajcuje.
Można też na ten komiks popatrzeć inaczej. Oderwać się od
rzeczywistości, wrócić do lat dzieciństwa i zachwycać się jego nieskrępowaną
prostotą, przesadnie jaskrawymi kolorami oraz szybko postępującą naprzód akcją.
Jeśli spojrzycie na ten komiks tak, jak patrzyliście na komiksy 15, 20 lat temu
zachwycicie się bogactwem jego postaci i ogromem wymyślonej koncepcji. I ja tak
czytałem ten komiks, uśmiechając się do siebie i wracając do czasów
podstawówki. Wtedy wszystko było prostsze i piękniejsze.
czwartek, 7 listopada 2013
#283 WKKM25: Ultimate Spider-Man; Moc i odpowiedzialność
Ultimate Spiderman miał być z założenia opowiedzeniem na nowo historii pająka, ale dopasowaną do bardziej współczesnych realiów. Jaki cel chcieli osiągnąć pomysłodawcy? Oczywiście dotrzeć do nowego, młodszego pokolenia odbiorców. Czy im się udało?
Nie wiem, jakie były wyniki sprzedaży tego tytułu. Nie wiem też, co o nim pisali krytycy. Ja osobiście uważam go za dobrze skonstruowany komiks jak na takie zadanie. Historia Parkera jest nieco odświeżona, choć z niewiele zmienionym przebiegiem wydarzeń. Fabuła skupia się głównie na przeżyciu przez Petera śmierci wuja, oraz na młodzieńczej miłości do Mary Jane. Jest rozsądnie, przystępnie, bez nadmiernych wygibasów. Skoro nowy czytelnik, to nie ma co mieszać mu w głowie.
Strona graficzna...hm. Nie jestem fanem Bagleya. Ma on swój specyficzny styl, który po prostu mi się nie podoba. Dodatkowo w tej opowieści jego prace są znacznie uproszczone w stosunku do tego, co robił wcześniej... i według mnie to znowu dobre rozwiązanie. Nowy czytelnik dostaje przejrzystą, w miarę przyjemną dla oka kreskę, która ni go nie zachwyci, nie nie odepchnie. Dla nowego czytelnika jest ok.
Kolor jak wyżej, amerykański, żywy, komiksowy.
Podsumowując, dla nowego czytelnika ten komiks jest bardzo dobrym, wprowadzającym w magię świata marvela produktem. Ale co z czytelnikiem takim jak ja? To średniacki, nie powalający niczym ,nijaki komiks. Sam sobie drogi czytelniku odpowiedz na pytanie, czy sięgnąć po ten album.
poniedziałek, 28 października 2013
#281 WKKM 24: Ultimates
Ultimates. Świat superbohaterów
zrobiony na poważnie. Świat superbohaterów zrobiony przez mistrzów. Świat
superbohaterów taki, jaki powinien być, jeśli jest kierowany do starszego
czytelnika.
W tym komiksie nie ma wad.
Ilustracja, grafika i scenariusz są doskonałe. Millar stworzył superprawdziwy,
całkowicie przekonujący świat, w którym każda z postaci żyje, ma swoje
słabostki i miłości, i różni się od innych. Herosi walczą z prawdziwymi zagrożeniami,
które są przekonujące i sprawiają, że przekładamy kartki komiksu z wypiekami na
twarzy. Nie ma uwznioślających monologów, sztucznego patosu, a i tak czujemy
respekt do wypowiedzi i zdarzeń, w które uwikłani są bohaterowie.
Hitch to geniusz, który wzbił się na nieosiągalne dotąd poziomy
komiksowej sztuki. Każdy jego kadr wygląda wspaniale, realizm lokalizacji,
postaci, scenerii miażdży. Nie widać w tym komiksie ani jednej słabej planszy,
każda z nich jest wspaniała i perfekcyjna. Każda z nich zadaje się być lepsza,
bo Hitch nie wypracował sobie swojego stylu i nie przykleił się do nigo jak
większość rysowników. On szuka, a w swych poszukiwaniach odkrywa coraz
wspanialsze metody na przekazanie czytelnikom historii.
Na koniec kolorysta Paul Monts,
idealnie dobrany do całego projektu. Buduje klimat, buduje atmosferę, wspaniale
uzupełniając i wzbogacając oprawę graficzną.
Nie ma lepszego amerykańskiego
komiksu. Może poza Ultimates 2. I nie muszę widzieć wszystkich tytułów, bo
zaraz ktoś mi zarzuci, a co ty wiesz, jak nie widziałeś wszystkich
amerykańskich komiksów. Nie muszę, wystarczy, że widziałem Ultimates.
piątek, 18 października 2013
#280 WKKM20: Daredevil-Odrodzony
49. Amatorski kącik recenzenta
„O nie, znowu jakiś badziewny klasyk, na którego nie będzie
się dało patrzeć i którym
wszyscy się zachwycają, bo napisał to boski Frank”
pomyślałem, kiedy ujrzałem okładkę w
kiosku. Na całe szczęście byłem bardzo daleki od prawdy.
Komiks czyta się bardzo dobrze, i pomimo znacznej ilości
tekstu nie odniosłem wrażenia,
żeby był przegadany. Matt traci pracę, dom, kobietę, a za
tym wszystkim stoi Ważniak. Nic
dziwnego, że między tymi dwoma panami dochodzi do poważnego
konfliktu. Pojawia się
również postać tragiczna, którą jest była dziewczyna Matta,
od której tak naprawdę wszystko
się zaczyna. Ach te kobiety…Co tu będę dużo gadał. Frank
udowadnia w tym komiksie,
że nie bez podstaw znalazł się na szczycie. I tylko jeden,
jeden jedyny cierń kłuje w tej opowieści.... Kiedy Matt już traci pracę,
pieniądze, karty kredytowe, dom i stacza się na samo
dno….to nie odczuwamy tego. Ja tego nie odczułem. Matt sobie
dalej gdzieś tam śpi, coś tam
je, gdzieś się myje…praktycznie jakby nic się nie zmieniło.
Ameryka to musi być piękny kraj,
żeby bezdomnemu i bezrobotnemu nic nie brakowało…
Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie ilustracje. Z początku
odniosłem wrażenie, że to kolejna
masówa lat 80’
i 90’. Ale
szybko zmieniłem zdanie, i uważam że gdyby Mazzucchielli’emu [ dżizas] dalej
się chciało rysować i gdyby chciał się
rozwijać, byłby dzisiaj w komiksowej czołówce. No cóż, wybrał inne zajęcia i szkoda, ale takie miał
prawo.
Dobry komiks. Polecam.
poniedziałek, 14 października 2013
#279 WKKM 23: Planeta Hulka
48. Amatorski kącik recenzenta
Hm…w zasadzie nie wiem, od czego
zacząć. Hulka chyba prawie każdy lubi, ja na pewno. To jedna z najciekawszych
postaci w marvelowskim uniwersum. O ile na ziemi należy do czołówki
najpotężniejszych istot, o tyle kto wie, co może się czaić w kosmosie…
Z wstępniaka dowiadujemy się, że
Iluminaci doszli do wniosku, że Bannera Nigdy [dokładnie takie zostało użyte
sformułowanie] nie uda się uleczyć, dlatego trzeba go wysłać na rajską planetę,
ale bez inteligentnego życia, żeby mógł sobie tam hasać po łąkach i lasach.
Cóż, plan wziął w łeb i Hulk wylądował na planecie, na której został
gladiatorem.
Pomysł co prawda może nie jakiś
nadzwyczajny, ale zdecydowanie miał potencjał. Niestety, według mnie
scenarzysta Greg Pak kompletnie go nie wykorzystał. Fabuła jest banalna,
postaci tak czarno białe, że aż mi to przeszkadza, a nie należę do
wysublimowanych odbiorców szukających w komiksach czegoś więcej. Cały komiks
można opisać jednym zdaniem. Zły imperator wykorzystuje ludzi, którzy pod
przywództwem niezwyciężonego Hulka decydują się na bunt. A ponieważ uciskany
lud jest dobry, a imperator zły, więc domyślacie się wyniku tej bajki. No
dobra, to były dwa zdania.
W sferze graficznej jest na
szczęście znacznie lepiej. Ilustracje się nieźle, sceny walki i kreacje
kosmitów wypadają dobrze. Bardzo fajnie wyglądają okładki autorstwa Ladronn’a.
Cóż, to dopiero tom pierwszy. Mam
nadzieję, że w tomie drugim nastąpią jakieś zmiany, bo jeśli nie, to będzie to
po prostu ładnie narysowana nijaka historia ze zmarnowanym wielkim potencjałem.
poniedziałek, 30 września 2013
#275: WKKM 22 :Marvel Zombies
47. Amatorski kącik recenzenta
Bałem się kupować tego komiksu. Po pierwsze, nie podobała mi się okładka. Była odpychająca. Po drugie, superherosi i zombi jakoś mi dziwnie nie pasowali.... Jedno i drugie to była powierzchowna zmyłka, a komiks okazał się jednym z lepszych, jakie miałem przyjemność trzymać w swoich rękach.
Pomysł jest tak absurdalny, że normalni śmiertelnicy nie mogli na niego wpaść. Co by się stało, gdyby superbohaterowie zamienili się w zombiaki? Jeśli chcecie się dowiedzieć, koniecznie sięgnijcie po ten album. Absurdalny pomysł, świetne, momentami powalające teksty, dużo zabawy a to wszystko narysowane klimatycznie i naprawdę rewelacyjnie. Nie polecam tylko ludziom o słabych żołądkach, czasami jest naprawdę obrzydliwie. Zarówno scenarzysta jak i rysownik wywiązali się doskonale ze swojej roboty. Moment, w którym do akcji wkracza Galactus oraz reakcja wygłodniałych superherosów na jego widok jest po prostu genialna.
Musicie to przeczytać, jeśli do tej pory się wahaliście, to nie ma co zwlekać ani chwili dłużej. Świetna historia, świetne ilustracje, i tylko mam nadzieję że w ramach kolekcji ujrzymy część drugą w wykonaniu tego samego duetu. Jestem głodny i muszę coś zjeść...
Bałem się kupować tego komiksu. Po pierwsze, nie podobała mi się okładka. Była odpychająca. Po drugie, superherosi i zombi jakoś mi dziwnie nie pasowali.... Jedno i drugie to była powierzchowna zmyłka, a komiks okazał się jednym z lepszych, jakie miałem przyjemność trzymać w swoich rękach.
Pomysł jest tak absurdalny, że normalni śmiertelnicy nie mogli na niego wpaść. Co by się stało, gdyby superbohaterowie zamienili się w zombiaki? Jeśli chcecie się dowiedzieć, koniecznie sięgnijcie po ten album. Absurdalny pomysł, świetne, momentami powalające teksty, dużo zabawy a to wszystko narysowane klimatycznie i naprawdę rewelacyjnie. Nie polecam tylko ludziom o słabych żołądkach, czasami jest naprawdę obrzydliwie. Zarówno scenarzysta jak i rysownik wywiązali się doskonale ze swojej roboty. Moment, w którym do akcji wkracza Galactus oraz reakcja wygłodniałych superherosów na jego widok jest po prostu genialna.
Musicie to przeczytać, jeśli do tej pory się wahaliście, to nie ma co zwlekać ani chwili dłużej. Świetna historia, świetne ilustracje, i tylko mam nadzieję że w ramach kolekcji ujrzymy część drugą w wykonaniu tego samego duetu. Jestem głodny i muszę coś zjeść...
wtorek, 24 września 2013
#273 New X-Men: Imperialni
Amatorski kącik recenzenta
Album Z jak Zagłada kończył się w takim momencie, że wprost
nie mogłem się doczekać, co też scenarzysta przygotował dalej. Z
podekscytowaniem, którego nie powstydziłby się mój bratanek usadowiłem się na
materacu służącym za moje łóżko i zagłębiłem się w lekturze.
Komiks jest
obszerny, to trzeba przyznać. Im dłużej go czytałem, tym bardziej moja
ekscytacja słabła. Nova, wspaniała antagonistka pojawia się w znikomych
ilościach. Scenariusz skupia się na starciu mutantów z Homo Sapiens, oraz na
wyższości jednych nad drugimi. Nie tego oczekiwałem. Temat różnic rasowych jest
tak często poruszany w przypadku mutantów, że śmiało można nazwać go oklepanym.
Po niesamowicie wciągającym, poprzednim albumie, z doskonale prezentującym się
konfliktem oraz jednym z najlepszych przeciwników, z jakim mutantom przyszło
się zmierzyć mamy zwykłą bitkę, z gadkami które nijak mnie nie wzruszyły. Nie mówię,
że scenariusz jest zły. Jest dobry, ale mam wrażenie, jakbym poszedł do kina na
znacznie słabszą część drugą. Spodziewałem się bomby atomowej, a dostałem
dynamit.
O ile scenariusz
jeszcze trzyma poziom, jego jedynym problemem jest fakt, że poprzednim razem
był znacznie lepszy, to z rysownikami jest o wiele gorzej. Frank daje radę i
nie wiem, po co angażować kogo innego? Van Sciver się stara, to mu trzeba przyznać,
może po prostu mi nie trafiają do gustu jego ilustracje. Jeszcze obleci.
Natomiast prace pana Kordey'a kładą ten album po całości. Taki potencjał....Superstrażnicy
z Gladiatorem na czele to zajebiści kolesie i babki. Na kartach komiksu
wyglądają jak niedorobione niedorozwoje. panu Kordey'owi kompletnie nie chciało się
rysować, kreska jest byle jaka, schematyczna i do bólu uproszczona. Totalna
porażka.
piątek, 16 sierpnia 2013
#260 WKKM: Kapitan Ameryka-Nowy Porządek
43. Amatorski kącik recenzenta
W zasadzie powinienem napisać jedno słowo: terroryzm, i
zakończyć recenzję tego komiksu, bo i tak wiedzielibyście, że dalej będzie
tylko marudzenie. Jednak nie tym razem.
Zacznę od
fabuły, będzie krótko. Są źli terroryści, jest cudowne amerykańskie marzenie,
jest patos, czyli są wszystkie składniki tego, co mogłoby ten komiks zabić, a
czego ja nie cierpię. Na szczęście John Ney Rieber tak połączył te składniki,
że wyszła z tego w miarę zjadliwa historia, która nie przytłacza i tylko
momentami miałem wrażenie, że Amerykanie to najbardziej dumny i próżny naród
świata. Są zwroty akcji, są wrażenia, na koniec powstaje tylko jedno pytanie:
Jaki kierunek obrał amerykański komiks? Czy postaci, które 40 lat zabawiały
zarówno dorosłych, jak i młodzież dziś nie sprzedadzą się inaczej, jak tylko w
superpoważnych, głębokich i odkrywczych historiach? Wszyscy powoli stają się coraz bardziej
poważni i mierzę się z coraz większymi problemami. Wyimaginowanymi problemami w
kolorowych, obcisłych kombinezonach, i to sprawia, że są mniej zabawni niż w
latach 90 czy 80.
Uff...
Tu naprawdę będzie krótko. John Cassaday odwalił kawał fenomenalnej roboty.
Jego kreska idealnie pasuje do tej historii. jego okładki, choć minimalistyczne
stanowią idealne połączenie mocy i patosu. Choć bardzo oszczędne, ilustracje
prezentują się fantastycznie, znacznie lepiej niż w X-Menach, jeden z piękniejszych komiksów kolekcji, Gorąco
polecam.
poniedziałek, 5 sierpnia 2013
#257 WKKM 18: Pięć Koszmarów
Nie przepadam za Iron Manem. Nie wiem dlaczego, po prostu
nigdy nie darzyłem tej postaci sympatią. Zwłaszcza od czasów, w których różni
rysownicy zaczęli wprowadzać coraz to nowe modele jego zbroi, do tego stopnia
że w końcu nie wiadomo, jak ta postać ma wyglądać. Ale uprzedzenia na bok, bo
oto odznaczona nagrodą Eisnera pozycja Iron Man:Pięć Koszmarów przed nami.
Pierwsze,
na co na pewno zwrócicie uwagę po otwarciu komiksu to szata graficzna. La Rocca
ma bardzo przejrzystą, bardzo precyzyjną kreskę. Jego kadry wyglądają tak,
jakby 90 % z nich zerżnął ze zdjęć, tudzież filmów lub innych materiałów źródłowych.
W scenie rozgrywania partyjki w szachy z Reedem Richardsem aż chce się
krzyknąć: Wow! Przecież to młody Brad Pitt, a nie mr. Fantastic! Kreska bardzo
przyjemna i na bardzo wysokim poziomie, rysownik gra zdecydowanie w pierwszej
lidze, jednak komiks nie wyglądałby nawet w połowie tak imponująco gdyby nie...
...Frank D'Armata. To ten człowiek buduje atmosferę, to ten
człowiek wprowadza klimat, to ten człowiek sprawia że postaci wyglądają prawie
jak żywe. Przeglądając ilustracje w tym komiksie po raz kolejny należy zdać
sobie sprawę z tego, że w dzisiejszym amerykańskim przemyśle komiksowym
koloryści [w niektórych przypadkach] zrównali się rangą z rysownikami, a nawet
ich przeskoczyli. Jedyną denerwującą rzeczą jest zbyt Duzy rozrzut kontrastów
na skórze postaci, bardzo często wyglądają, jakby były spalone na solarce na
brąz, albo podmalowane pastami ochronnymi. Poza tym, grafika na najwyższym
poziomie.
Nie będę się
rozwodził nad scenarem, bo tekst zrobiłby się nieco zbyt długi. Znowu są
terroryści, genialny przeciwnik i dylematy moralne, które pchają Tony’ego naprzód
pomimo przeciwności. Sposób napisania scenariusza jest ciekawy, motyw przewodni
w postaci pięciu koszmarów Iron Mana fajnie spaja całość, ale znowu ta walka z
terroryzmem...
Komiks zdecydowanie wart polecenia, serce boli tylko fakt,
że to kolejny dubel. Ciekawe, czy wydawnictwo odnotowało mniejszą sprzedaż i zastanowi się
poważnie nad tym doborem tytułów. Mam nadzieję.
piątek, 19 lipca 2013
#252 WKKM: Tajna Wojna
Zastanawiam się od czego by tu zacząć, już wiem, od ostrzeżenia. Nie czytajcie tego tekstu, jeśli jeszcze nie czytaliście komiksu. Będzie dużo spojlerów, zatem jedziemy.
Z różnych not i tekstów pojawiających się tu i ówdzie można wywnioskować, że M. Bendis to wielkie guru pisania scenariuszy, a rzeczy wychodzące spod jego ręki to czytadła na najwyższym poziomie. Nie odniosłem takiego wrażenia ani czytając przygody Avengersów wydane przez Muchę, ani po zapoznaniu się z 17 tomem wielkiej kolekcji, bo na szczęście nie kupiłem TW z tegoż wydawnictwa. Może jest ze mną coś nie tak, ale rzeczy wymyślone przez tego pana kompletnie do mnie nie przemawiają. W Tajnej Wojnie supertajny, ale wszystkim znany Nick Fury wyrusza na małą wojenkę, w której pomagają mu najbardziej popularni [ i najbardziej kasowi] koledzy z Marvela, którzy rozwalają panią premier Latverii [ kocham te pseudopostradzieckie pomysły mające pokazać wyższość wspaniałej Ameryki nad innymi nacjami, trochę ciężko osadzić akcję w Rumunii, Słowacji, Bułgarii czy innej Wschodniej Polsce, bo ktoś mógłby się obrazić niekompetencją autorów], a potem mają wyczyszczone mózgi i o niczym nie pamiętają. Przypominają sobie w trakcie starcia z technozłoczyńcami, w którym nie za bardzo wiem o co chodzi, a w całej intrydze z choinki urywa się nowa superagenta z mocami, która jest prawą ręką Nicka Fury'ego. Jedyne uwznioślające przesłanie o wyższości walki z terroryzmem nad ... no właśnie, nad czym? Ten komiks nie ma żadnego przesłania, a historyjka to tylko historyjka, sprytnie napisana, z niezłymi dialogami, ale nie różniąca się niczym od innych. Na mnie nie robi najmniejszego wrażenia. Może u nas za mało terrorystów i mamy inne problemy na głowie. Jak do tej pory historie panów DeMatteisa, Ditko czy Bruebakera wypadają o niebo lepiej.
Inna sprawa to ilustracje. Gabriel Dell Otto ma styl, i potrafi wykonać piękne ilustracje. Pomimo tego nie jestem miłośnikiem malowanych komiksów, to po pierwsze. Po drugie Dell Otto używa bardzo mocnych, momentami rażących barw, a do tego sporo bieli, która pojawia się na wielu elementach, przez co wszystko, zarówno postaci, jak i scenografia zdają się dziwnie świecić. Jeśli idzie o robienie okładek i innych bajerów, jestem na tak. W komiksie taki rodzaj ilustracji nie do końca się sprawdza, mam wrażenie przesycenia już po kilkunastu stronach.
Ciekawe dodatki protokołów i kartotek postaci [ ach, się młodość przypomina ] pompują nieco objetość komiksu, ostatecznie dając nam przyzwoitą objętościowo lekturę, przez którą szybko się przemyka, zawieszając oko na ilustracjach, a na drugi dzień zapominając o co biegało w tej historii.
Z różnych not i tekstów pojawiających się tu i ówdzie można wywnioskować, że M. Bendis to wielkie guru pisania scenariuszy, a rzeczy wychodzące spod jego ręki to czytadła na najwyższym poziomie. Nie odniosłem takiego wrażenia ani czytając przygody Avengersów wydane przez Muchę, ani po zapoznaniu się z 17 tomem wielkiej kolekcji, bo na szczęście nie kupiłem TW z tegoż wydawnictwa. Może jest ze mną coś nie tak, ale rzeczy wymyślone przez tego pana kompletnie do mnie nie przemawiają. W Tajnej Wojnie supertajny, ale wszystkim znany Nick Fury wyrusza na małą wojenkę, w której pomagają mu najbardziej popularni [ i najbardziej kasowi] koledzy z Marvela, którzy rozwalają panią premier Latverii [ kocham te pseudopostradzieckie pomysły mające pokazać wyższość wspaniałej Ameryki nad innymi nacjami, trochę ciężko osadzić akcję w Rumunii, Słowacji, Bułgarii czy innej Wschodniej Polsce, bo ktoś mógłby się obrazić niekompetencją autorów], a potem mają wyczyszczone mózgi i o niczym nie pamiętają. Przypominają sobie w trakcie starcia z technozłoczyńcami, w którym nie za bardzo wiem o co chodzi, a w całej intrydze z choinki urywa się nowa superagenta z mocami, która jest prawą ręką Nicka Fury'ego. Jedyne uwznioślające przesłanie o wyższości walki z terroryzmem nad ... no właśnie, nad czym? Ten komiks nie ma żadnego przesłania, a historyjka to tylko historyjka, sprytnie napisana, z niezłymi dialogami, ale nie różniąca się niczym od innych. Na mnie nie robi najmniejszego wrażenia. Może u nas za mało terrorystów i mamy inne problemy na głowie. Jak do tej pory historie panów DeMatteisa, Ditko czy Bruebakera wypadają o niebo lepiej.
Inna sprawa to ilustracje. Gabriel Dell Otto ma styl, i potrafi wykonać piękne ilustracje. Pomimo tego nie jestem miłośnikiem malowanych komiksów, to po pierwsze. Po drugie Dell Otto używa bardzo mocnych, momentami rażących barw, a do tego sporo bieli, która pojawia się na wielu elementach, przez co wszystko, zarówno postaci, jak i scenografia zdają się dziwnie świecić. Jeśli idzie o robienie okładek i innych bajerów, jestem na tak. W komiksie taki rodzaj ilustracji nie do końca się sprawdza, mam wrażenie przesycenia już po kilkunastu stronach.
Ciekawe dodatki protokołów i kartotek postaci [ ach, się młodość przypomina ] pompują nieco objetość komiksu, ostatecznie dając nam przyzwoitą objętościowo lekturę, przez którą szybko się przemyka, zawieszając oko na ilustracjach, a na drugi dzień zapominając o co biegało w tej historii.
piątek, 12 lipca 2013
#250 WKKM: New X-men: Z jak zagłada
39. Amatorski kącik recenzenta
Pierwszy raz zetknąłem się z ilustracjami Franka Quitely'ego [Jedno z niewielu nazwisk, których nie potrafię zapamiętać] w zeszytach DK, które przedstawiały dokładnie tą samą historię. Na pozór nie powinny mi się one podobać, daleko im do fotorealizmu, jaki prezentują co poniektórzy rysownicy, a który kocham najbardziej. A jednak, wbrew logice te dziwne, powykrzywiane nieco i zdeformowane postaci przypadły mi do gustu. Frank ma swój ewoidentnie rozpoznawalny styl, który nie kazdemu musi się podobać, ale na pewno nie można zarzucić mu sztampowości. W połączeniu z naprawdę dobrze wykonaną robotą przez kolorystę szata graficzna pierwszych trzech numerów New X-Men prezentuje się bardzo dobrze.
Grant Morrison wiedział od początku, że chce przebudować skostniały światek Profesora X i jego pupilków. Podpierając się nieco teorią o wymieraniu gatunków słabiej przystosowanych na rzecz tych przystosowanych lepiej stworzył naprawdę ciekawą, spójną i wciągającą historię. W końcu czyż mutanci nie są rasą znajdującą się o jeden szczebel drabiny ewolucyjnej wyżej? Główny antagonista całej opowieści, bliźniacza siostra Charlsa to pomysł genialny. Cyclops również przestał być ulizanym plastusiem i nareszcie można w nim dostrzec przywódcę.
Podsumowując, ilustracje i scenariusz świetne, poziom komiksu bardzo wysoki, pozycja nad którą nie można przejść obojętnie. Ale... po co było zmieniać rysownika i do czwartej części dawać kogoś innego? Duet Frank/Grant radził sobie doskonale. Ilustracje panaVan Scivera nijak nie pasują do reszty komiksu, nie wspominając o tym że takie ilustracje nijak mi do niczego zasadniczo nie pasują. Nie podobają mi się, są ....przeciętne. No i dlaczego wątek został urwany w momencie, kiedy tak naprawdę dopiero się zaczynał? Czyżby dalsza część historii obejmowałą zbyt dużą ilość zeszytów?
Niestety, zostajemy zostawieni sami sobie z wypiekami na twarzy po przeczytaniu ostatniej strony zaledwie czterech zeszycików, na tym sprawa musi się zakończyć.
Pierwszy raz zetknąłem się z ilustracjami Franka Quitely'ego [Jedno z niewielu nazwisk, których nie potrafię zapamiętać] w zeszytach DK, które przedstawiały dokładnie tą samą historię. Na pozór nie powinny mi się one podobać, daleko im do fotorealizmu, jaki prezentują co poniektórzy rysownicy, a który kocham najbardziej. A jednak, wbrew logice te dziwne, powykrzywiane nieco i zdeformowane postaci przypadły mi do gustu. Frank ma swój ewoidentnie rozpoznawalny styl, który nie kazdemu musi się podobać, ale na pewno nie można zarzucić mu sztampowości. W połączeniu z naprawdę dobrze wykonaną robotą przez kolorystę szata graficzna pierwszych trzech numerów New X-Men prezentuje się bardzo dobrze.
Grant Morrison wiedział od początku, że chce przebudować skostniały światek Profesora X i jego pupilków. Podpierając się nieco teorią o wymieraniu gatunków słabiej przystosowanych na rzecz tych przystosowanych lepiej stworzył naprawdę ciekawą, spójną i wciągającą historię. W końcu czyż mutanci nie są rasą znajdującą się o jeden szczebel drabiny ewolucyjnej wyżej? Główny antagonista całej opowieści, bliźniacza siostra Charlsa to pomysł genialny. Cyclops również przestał być ulizanym plastusiem i nareszcie można w nim dostrzec przywódcę.
Podsumowując, ilustracje i scenariusz świetne, poziom komiksu bardzo wysoki, pozycja nad którą nie można przejść obojętnie. Ale... po co było zmieniać rysownika i do czwartej części dawać kogoś innego? Duet Frank/Grant radził sobie doskonale. Ilustracje panaVan Scivera nijak nie pasują do reszty komiksu, nie wspominając o tym że takie ilustracje nijak mi do niczego zasadniczo nie pasują. Nie podobają mi się, są ....przeciętne. No i dlaczego wątek został urwany w momencie, kiedy tak naprawdę dopiero się zaczynał? Czyżby dalsza część historii obejmowałą zbyt dużą ilość zeszytów?
Niestety, zostajemy zostawieni sami sobie z wypiekami na twarzy po przeczytaniu ostatniej strony zaledwie czterech zeszycików, na tym sprawa musi się zakończyć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)