Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bendis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bendis. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 lutego 2016

#429 Galaxy. Strażnicy Galaktyki #02: Angela

         Strażnicy Galaktyki nie należą do najbardziej rozpoznawalnych postaci ze świata Marvela w naszym kraju. Tak było przynajmniej do zeszłego roku. Po sukcesie kinowej wersji Egmont doszedł do wniosku, że warto spróbować iść za ciosem. Czy historia, za którą odpowiada sam Brian Michael Bendis, jest wystarczająco dobra, aby zadowolić potencjalnych czytelników?
  Dowiecie się z recenzji, którą przygotowałem dla serwisu Aleja Komiksu. Zapraszam TUTAJ.

Guardians of the Galaxy. Strażnicy Galaktyki #02: Angela

wtorek, 15 kwietnia 2014

#321 WKKM35: Ród M

Ród M jest kontynuacją wydarzeń, jakie rozegrały się w dziewiątym tomie Wielkiej kolekcji komiksów Marvela, czyli w "Avengers: Upadek Avengers", przełomowym komiksie zamykającym pewien rozdział w historii Mścicieli. Wanda Maximoff, córka Magneto i jedna z najpotężniejszych mutantek na ziemi straciła rozum i stała się zagrożeniem, które Kapitan wraz z drużyną musieli wyeliminować. Teraz scenarzysta Brian Michael Bendis prowadzi nas przez dalsze wydarzenia i robi to naprawdę dobrze.

Ludzie często zastanawiają się, co by było gdyby. Gdybyśmy zrobili to czy tamto inaczej, jak potoczyłyby się nasze losy. Bendis idzie dalej, zastanawiając się, co by było, gdyby nie jednostka, ale cała społeczność zrobiła coś inaczej. Mściciele wraz z X-Menami kłócą się o to, co należy zrobić z Wandą, a tymczasem ona podejmuje decyzję znacznie szybciej. Peter Parker budzi się obok Gwen i ma dziecko, Logan pracuje w mundurze jako przykładny agent, a Cage jest przywódcą czegoś na kształt ruchu oporu, w świecie zdominowanym i rządzonym przez... mutantów. Ta gigantyczna mistyfikacja ma jednak słabe punkty. Można przymknąć oko na punkt zwrotny (dlaczego akurat ten bohater), ale nie można przejść obojętnie obok rozwiązań fabularnych i motywacji bohaterów. Historia toczy się w z góry zaplanowany sposób i nic nie staje na przeszkodzie kolejnym wydarzeniem. Nikt nie mówi nie, wszyscy zgodnie idą w jedną stronę, nawet jeśli ten kierunek nie jest dla nich z różnych powodów najlepszym rozwiązaniem. Scenarzysta raptem i bez uzasadnienia ogranicza też bohaterów, którzy mają wpływ na fabułę. Zakończenie jednak rekompensuje te mankamenty: skóra zjeży wam się na głowach. Takiego końca raczej nikt się nie spodziewał, a jest to zakończenie genialne, po którym nie będziecie mogli zasnąć, snując domysły.

Pomysły Bendisa przelał na papier Olivier Coipel. Jego kreska należy do tej z gatunku nowoczesnych, ale raczej minimalistycznych. Plansze nie są przeładowane, drugi plan dość prosty, a kadry duże i efektowne. Uderza miejscami dysproporcja pomiędzy głową a resztą ciała, m.in. u Cage'a, ale całość prezentuje się lepiej niż dobrze. Frank D'Armata wyciska z plansz tyle, ile się da, sprawiając, że plansze ogląda się świetnie i jest na co popatrzeć. Oryginalne okładki Ribica dopełniają całości. Dostajemy w nasze ręce sporą cegłę, złożoną z 8 zeszytów, w dobrej cenie, sprawnie narysowaną, świetnie napisaną i z bardzo mocnym zakończeniem, po którym chcemy więcej. Więcej Avengersów, więcej takich komiksów.

Ocena: 8/10

Recenzja została napisana dla serwisu AlejaKomiksu.com i tam pierwotnie opublikowana.





piątek, 14 lutego 2014

#303 WKKM32: Avengers Ucieczka


     59. Amatorski kącik recenzenta


     Bendis [ poobnie jak G. Johns od konkurencji ] należy do uznawanych aktualnie za topowych, a do mnie kompletnie nie przemawiających scenarzystów. Nie wiem, od czego to zależy, przecież nie szukam w komiksach wyższych wartości, ambitnych tekstów, ani prawd objawionych. Komiks Bendisa błyszczy tylko kilkoma fajnymi tekstami, niczym więcej.
     O co biega? Nie do końca mogę powiedzieć, jako że komiks kończy się zanim dowiadujemy się, jaką dla nas scenarzysta zaplanował intrygę. Może ten fakt też działa ujemnie, w zasadzie nie powinno się oceniać komiksu przed poznaniem całości, ale taki komiks biorę do ręki i taki czytam. A dowiemy się tyle, że superprzestępcy [ poza Carnage,m, którego najciekawsza postać supebohaterska tego komiksu, czyli Sentry roznosi bez mrugnięcia, co jest  fajowskie ci superprzestępcy to jakieś w przeważającej części płotki ] za pomocą Elektro uciekają z paki, a najpopularniejsi herosi Marvela[ Ci, którzy dorobili się własnych ekranizacji] zbijają się w kupę i powstaje nowe Avengers. Wow, ale to było zachwycające.
      A co z Cage,m i Spiderwoman zapytacie? Już spieszę wyjaśnić moją teorię. Cage ze swoim aktualnym wizerunkiem to nie jest superbohater. To czarnoskóry twardziel o ciętym dowcipie, którego autorzy dorzucili żeby nie było zarzutów dyskryminacji, no przecież jakiś Afroamerykanin być musi w amerykańskiej supergrupie. Co do babki sprawa jest jeszcze prostsza i nie wymagażadnych teorii. 
     Z Finchem nie jest lepiej. Rewelacyjne ilustracje, zwłaszcza w większym formacie wypadają z pamięci po zetknięciu się z topornymi scenami zwykłych rozmów. Finch świetnie sobie radzi w konwencji superhero, kostiumach, walce, ale sceny statyczne, a zwłaszcza twarze wychodzą mu po prostu lipnie. Te wiecznie smutne oczy Kapitana i Tony’ego odpychają już po kilku kadrach.
     Nie wiem, czy to ze mną coś jest nie tak, czy tez ten komiks nie jest taki, jaki być powinien. Sprawdźcie sami.


czwartek, 7 listopada 2013

#283 WKKM25: Ultimate Spider-Man; Moc i odpowiedzialność

Ultimate Spiderman miał być z założenia opowiedzeniem na nowo historii pająka, ale dopasowaną do bardziej współczesnych realiów. Jaki cel chcieli osiągnąć pomysłodawcy? Oczywiście dotrzeć do nowego, młodszego pokolenia odbiorców. Czy im się udało? Nie wiem, jakie były wyniki sprzedaży tego tytułu. Nie wiem też, co o nim pisali krytycy. Ja osobiście uważam go za dobrze skonstruowany komiks jak na takie zadanie. Historia Parkera jest nieco odświeżona, choć z niewiele zmienionym przebiegiem wydarzeń. Fabuła skupia się głównie na przeżyciu przez Petera śmierci wuja, oraz na młodzieńczej miłości do Mary Jane. Jest rozsądnie, przystępnie, bez nadmiernych wygibasów. Skoro nowy czytelnik, to nie ma co mieszać mu w głowie. Strona graficzna...hm. Nie jestem fanem Bagleya. Ma on swój specyficzny styl, który po prostu mi się nie podoba. Dodatkowo w tej opowieści jego prace są znacznie uproszczone w stosunku do tego, co robił wcześniej... i według mnie to znowu dobre rozwiązanie. Nowy czytelnik dostaje przejrzystą, w miarę przyjemną dla oka kreskę, która ni go nie zachwyci, nie nie odepchnie. Dla nowego czytelnika jest ok. Kolor jak wyżej, amerykański, żywy, komiksowy. Podsumowując, dla nowego czytelnika ten komiks jest bardzo dobrym, wprowadzającym w magię świata marvela produktem. Ale co z czytelnikiem takim jak ja? To średniacki, nie powalający niczym ,nijaki komiks. Sam sobie drogi czytelniku odpowiedz na pytanie, czy sięgnąć po ten album.

piątek, 19 lipca 2013

#252 WKKM: Tajna Wojna

     Zastanawiam się od czego by tu zacząć, już wiem, od ostrzeżenia. Nie czytajcie tego tekstu, jeśli jeszcze nie czytaliście komiksu. Będzie dużo spojlerów, zatem jedziemy.
     Z różnych not i tekstów pojawiających się tu i ówdzie można wywnioskować, że M. Bendis to wielkie guru pisania scenariuszy, a rzeczy wychodzące spod jego ręki to czytadła na najwyższym poziomie. Nie odniosłem takiego wrażenia ani czytając przygody Avengersów wydane przez Muchę, ani po zapoznaniu się z 17 tomem wielkiej kolekcji, bo na szczęście nie kupiłem TW z tegoż wydawnictwa. Może jest ze mną coś nie tak, ale rzeczy wymyślone przez tego pana kompletnie do mnie nie przemawiają. W Tajnej Wojnie  supertajny, ale wszystkim znany Nick Fury wyrusza na małą wojenkę, w której pomagają mu najbardziej popularni [ i najbardziej kasowi] koledzy z Marvela, którzy rozwalają panią premier Latverii [ kocham te pseudopostradzieckie pomysły mające pokazać wyższość wspaniałej Ameryki nad innymi nacjami, trochę ciężko osadzić akcję w Rumunii, Słowacji, Bułgarii czy innej Wschodniej Polsce, bo ktoś mógłby się obrazić niekompetencją autorów], a potem mają wyczyszczone mózgi i o niczym nie pamiętają. Przypominają sobie w trakcie starcia z technozłoczyńcami, w którym nie za bardzo wiem  o co chodzi, a w całej intrydze z choinki urywa się nowa superagenta z mocami, która jest prawą ręką Nicka Fury'ego. Jedyne uwznioślające przesłanie o wyższości walki z terroryzmem nad ... no właśnie, nad czym? Ten komiks nie ma żadnego przesłania, a historyjka to tylko historyjka, sprytnie napisana, z niezłymi dialogami, ale nie różniąca się niczym od innych. Na mnie nie robi najmniejszego wrażenia. Może u nas za mało terrorystów i mamy inne problemy na głowie. Jak do tej pory historie panów DeMatteisa, Ditko czy Bruebakera wypadają o niebo lepiej.
     Inna sprawa to ilustracje. Gabriel Dell Otto ma styl, i potrafi wykonać piękne ilustracje. Pomimo tego nie jestem miłośnikiem malowanych komiksów, to po pierwsze. Po drugie Dell Otto używa bardzo mocnych, momentami rażących barw, a do tego sporo bieli, która pojawia się na wielu elementach, przez co wszystko, zarówno postaci, jak i scenografia zdają się dziwnie świecić. Jeśli idzie o robienie okładek i innych bajerów, jestem na tak. W komiksie taki rodzaj ilustracji nie do końca się sprawdza, mam wrażenie przesycenia już po kilkunastu stronach.
      Ciekawe dodatki protokołów i kartotek postaci [ ach, się młodość przypomina ] pompują nieco objetość komiksu, ostatecznie dając nam przyzwoitą objętościowo lekturę, przez którą szybko się przemyka, zawieszając oko na ilustracjach, a na drugi dzień zapominając o co biegało w tej historii.



niedziela, 31 marca 2013

#221 Wielka Kolekcja Komiksów Marvela 9

Amatorski kącik recenzenta
 29
 Avengers: Disassembled



            Moi drodzy, dzisiejszą relację zacznę od tego, że jeśli macie do wyboru komiks z Hattchette i z Muchy, to bierzcie w ciemno Muchę. Nie wiem, czym to jest spowodowane, nie znam się na sprawach technicznych, ale jakość druku jest o wiele gorsza w komiksach włoskiego wydawcy. Widać to mocno w kolorach, które są jakieś takie brudne i niewyraźne. Zastanawiam się, czy tak samo było w poprzednich komiksach i tylko nie miałem porównania, czy akurat w tym przypadku obniżyli jakość wydania… bo różnica jest bardzo wyraźna.
            Avengers Disassembled to komiks wprowadzający drużynę mścicieli w nową epokę. Tak przynajmniej zapewnia scenarzysta. Na skutek potężnej serii uderzeń grupa zostaje zdewastowana, pobita i w zasadzie się rozpada. O tym ogólnikowo traktuje komiks, więcej przecież nie wypada zdradzać.
            Scenariuszem zajął się Brian m. Bendis, gwiazda dużego formatu. Za ilustracje odpowiadał David Finch, również gwiazda. Kiedy spotykają się dwie gwiazdy, do tego mają potężne zaplecze, przełomowe podejście do tematu i najbardziej zajebistą drużynę superbohaterską, to hicior powinien być murowany…
            Scenariusz Bendisa jest spójny, ciekawy, ale strasznie ckliwy. Za dużo jak dla mnie wzruszająch przemówień i łapiących za serce scenek. Zdecydowanie za dużo. Nie poczułem w kościach dreszczy, przełom mnie nie powalił. Miejscami wręcz rozśmieszał, ale może jestem za stary już na takie komiksy? No bo ilu można oglądać płaczących, niezniszczalnych superfacetów? Jedyną postacią dużego kalibru, jaka zginęła był Hawkeye, z tym, że zrobił to w tak żenująco nieoryginalny sposób… że pominę to milczeniem. To dla mnie za mało jak na ten ciągle przytaczany w opisach „ przełom”.
            Nie wiem, skąd się wziął Finch. Nie znałem wcześniej tego rysownika, nie wiem, gdzie pracował i jak zrobił karierę. Jak na złość w dodatkach nic o nim nie ma, co jest wielkim minusem, bardzo liczyłem na notkę biograficzną, w ogóle tych dodatków jakby coraz mniej…Ogólnie facet rysuje fajnie. Faceci są porządnie napakowani, laski również. Są pozerskie ilustracje, jest sporo czerni….tylko twarze mu nie wychodzą. Jakoś tak rozkład oczu nie bardzo mi pasuje do reszty, w ogóle są miejscami mocno nieproporcjonalne, czasem te twarze jakieś zbyt podłużne, czasem jakieś spłaszczone… i wszyscy robią takie smutne miny. No sory, ale napakowany gość w obcisłych gatkach płaczący i wzruszony do łez na co drugiej stronie to za dużo jak na moje możliwości.
            9 tom WKKM to trykociarstwo pełną gębą. Ale  przedobrzone, przegadane, przekolorowane. Po prostu panowie chyba chcieli za dobrze. A może jestem zbyt mało wrażliwy. W dodatku jest mowa na końcu o The Ultimates, jako alternatywnych Avengers w innej rzeczywistości…. I powiem krótko. The Ultimates Millara i Hitcha [pomijając fakt, że to najlepszy komiks superbohaterski 4ever] to podrasowany Rolce Royse Phantom , a Avengers: Disassembled przy nim to takie bmw serii 7. Z mega spojlerem na bagażniku. Niby wypasione i z najwyższej półki, ale projektant przesadził.
            Gdyby ktoś był zainteresowany zakupem tego komiksu w wydaniu Muchy, cena i stan b.dobre, klikać TUTAJ.
             Ps: nogę Wolverine’a to ja byłem w stanie zrozumieć, ale żeby imię rysownika na okładce źle wpisać…