Album Z jak Zagłada kończył się w takim momencie, że wprost
nie mogłem się doczekać, co też scenarzysta przygotował dalej. Z
podekscytowaniem, którego nie powstydziłby się mój bratanek usadowiłem się na
materacu służącym za moje łóżko i zagłębiłem się w lekturze.
Komiks jest
obszerny, to trzeba przyznać. Im dłużej go czytałem, tym bardziej moja
ekscytacja słabła. Nova, wspaniała antagonistka pojawia się w znikomych
ilościach. Scenariusz skupia się na starciu mutantów z Homo Sapiens, oraz na
wyższości jednych nad drugimi. Nie tego oczekiwałem. Temat różnic rasowych jest
tak często poruszany w przypadku mutantów, że śmiało można nazwać go oklepanym.
Po niesamowicie wciągającym, poprzednim albumie, z doskonale prezentującym się
konfliktem oraz jednym z najlepszych przeciwników, z jakim mutantom przyszło
się zmierzyć mamy zwykłą bitkę, z gadkami które nijak mnie nie wzruszyły. Nie mówię,
że scenariusz jest zły. Jest dobry, ale mam wrażenie, jakbym poszedł do kina na
znacznie słabszą część drugą. Spodziewałem się bomby atomowej, a dostałem
dynamit.
O ile scenariusz
jeszcze trzyma poziom, jego jedynym problemem jest fakt, że poprzednim razem
był znacznie lepszy, to z rysownikami jest o wiele gorzej. Frank daje radę i
nie wiem, po co angażować kogo innego? Van Sciver się stara, to mu trzeba przyznać,
może po prostu mi nie trafiają do gustu jego ilustracje. Jeszcze obleci.
Natomiast prace pana Kordey'a kładą ten album po całości. Taki potencjał....Superstrażnicy
z Gladiatorem na czele to zajebiści kolesie i babki. Na kartach komiksu
wyglądają jak niedorobione niedorozwoje. panu Kordey'owi kompletnie nie chciało się
rysować, kreska jest byle jaka, schematyczna i do bólu uproszczona. Totalna
porażka.