Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hachette. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą hachette. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 grudnia 2013

#291 WKKM: X-men Niebezpieczni


       55. Amatorski kącik recenzenta 

    Nie kupowałem serii Astonishing wydawanej przez Muchę z kilku powodów, ale dziś trzymając kolejny tom przygód mutantów w wykonaniu Whedon’a i Cassaday’a widzę, że to był błąd.
            Cassaday, odkąd zobaczyłem jego prace bardzo szybko awansował w mojej hierarchii rysowników, po świetnym kapitanie Ameryce,  i jeszcze lepszym aktualnym tomie wielkiej kolekcji znajduje się w  ścisłej czołówce. Podziwiam w nim to, że pomimo oszczędnej i teoretycznie prostej kreski, tworzy naprawdę wspaniałe kadry, miejscami wręcz spektakularne. Zdecydowanie najlepiej wychodzą mu twarze postaci, zwierzęcy Beast także prezentuje się rewelacyjnie. Cassaday’a wspiera chyba moja ulubiona, i jedna z najlepszych kolorystek jakie widziałem, Laura Martin. Ich wspólne prace idealnie się uzupełniają, i stanowią dla oka czystą przyjemność. Podejrzewam, że nawet jeśli ktoś nie czyta komiksów, to jasne, przejrzyste i wyraziste ilustracje z przyjemnymi dla oka kolorami przypadną mu do gustu.
     Przez fabułę mknie się z prędkością światła. Scenarzysta daje tyle dialogów, ile trzeba, i ani grama więcej. Nie ma rozbudowanych narracji, przez co kolejnych plansz nie zalewa fala tekstu. Sprytnie skomponowana historia, dobrze napisana, z ciekawym zakończeniem i bardzo ciekawym dylematem, przed którym stają mutanci w stosunku do pewnych działań, jakich dopuścił się ich ukochany mentor i nauczyciel  sprawiają, że nie ma się do czego przyczepić, a nawet czeka się na więcej. Zostałem zaskoczony tym, czego dopuścił się Profesor X, i jestem ciekaw, jak też będzie życie mutantów dalej wyglądało. Jeśli chcecie się dowiedzieć, wiecie co robić.



wtorek, 10 grudnia 2013

#290 WKKM 27: Thor



     Sam jestem w szoku, ale powiem krótko: ten komiks naprawdę mi się podobał!
     Dan Jurgens był dla mnie tylko i wyłącznie rysownikiem Supermana. Nie miałem bladego pojęcia, że gość jest tak płodny i tworzy nie dość że dużo, to jeszcze do tego zarówno okładki, jak i plansze oraz scenariusze. Pewnie gdybym dostał taką szansę też byłbym równie pracowity, bo to po prostu wspaniały sposób na życie.
     Jego scenariusz ma cechy, które każdemu miłośnikowi historyjek obrazkowych powinny przypaść do gustu. Uwaga, miłośników historyjek obrazkowych, nie poszukiwaczy wyższych poziomów artyzmu. Ci pewnie nic w tym komiksie nie znajdą, ale tez nie jest to komiks robiony z myślą o nich.
     Thor, główna postać tejże powieści zostaje pokonany przez Niszczyciela, ale oczywiście tak naprawdę nie umiera, no jakże by mógł. To nam jednak nie przeszkadza, bo tak naprawdę historyjka napisana jest naprawdę fajnie. Dużo się dzieje, pojawia się cała gama różnorodnych postaci, a do tego sam pomysł przewodni jest dość przekonujący i ciekawy. Ja bawiłem się przy lekturze bardzo dobrze, wciągła mnie i odstawiłem komiks dopiero po dojściu do ostatniej planszy, gdzie przeżyłem chwile grozy, ale o tym później.
      Romita im starszy, tym lepszy. W przeciwieństwie do komiksu otwierającego Wielką Kolekcję tutaj jego ilustracje sprawiają znacznie lepsze wrażenie. Faceci są wielcy jak góry, kiedy się naparzają to prawie czuć falę uderzeniową. Na planszach dzieje się dużo, sa bajeranckie kadry, na których chce się zostać na chwilę dłużej, jest różnorodnie, kolorysta bardzo fajnie daje rade, słowem, szata graficzna pomimo swoich piętnastu lat daje radę i cieszyła moje oko.
     Na końcu albumu, o wspomniana grozo, nie ma informacji o kontynuacji, co mnie bardzo niepokoi, bo przecież tak naprawdę całą opowieść nie dobiegła do finału.  A ja chciałbym go poznać, bo napięcie zostało nieźle zbudowane i szykuje się ostra zabawa.  Polecam, nie powinniście się zawieść.
     PS: Niech jakiś bardziej doinformowany zawodnik mnie pocieszy i powie, że dalsza część tej historii pojawi się na łamach Wielkiej Kolekcji.

czwartek, 7 listopada 2013

#283 WKKM25: Ultimate Spider-Man; Moc i odpowiedzialność

Ultimate Spiderman miał być z założenia opowiedzeniem na nowo historii pająka, ale dopasowaną do bardziej współczesnych realiów. Jaki cel chcieli osiągnąć pomysłodawcy? Oczywiście dotrzeć do nowego, młodszego pokolenia odbiorców. Czy im się udało? Nie wiem, jakie były wyniki sprzedaży tego tytułu. Nie wiem też, co o nim pisali krytycy. Ja osobiście uważam go za dobrze skonstruowany komiks jak na takie zadanie. Historia Parkera jest nieco odświeżona, choć z niewiele zmienionym przebiegiem wydarzeń. Fabuła skupia się głównie na przeżyciu przez Petera śmierci wuja, oraz na młodzieńczej miłości do Mary Jane. Jest rozsądnie, przystępnie, bez nadmiernych wygibasów. Skoro nowy czytelnik, to nie ma co mieszać mu w głowie. Strona graficzna...hm. Nie jestem fanem Bagleya. Ma on swój specyficzny styl, który po prostu mi się nie podoba. Dodatkowo w tej opowieści jego prace są znacznie uproszczone w stosunku do tego, co robił wcześniej... i według mnie to znowu dobre rozwiązanie. Nowy czytelnik dostaje przejrzystą, w miarę przyjemną dla oka kreskę, która ni go nie zachwyci, nie nie odepchnie. Dla nowego czytelnika jest ok. Kolor jak wyżej, amerykański, żywy, komiksowy. Podsumowując, dla nowego czytelnika ten komiks jest bardzo dobrym, wprowadzającym w magię świata marvela produktem. Ale co z czytelnikiem takim jak ja? To średniacki, nie powalający niczym ,nijaki komiks. Sam sobie drogi czytelniku odpowiedz na pytanie, czy sięgnąć po ten album.

poniedziałek, 28 października 2013

#281 WKKM 24: Ultimates



     Ultimates. Świat superbohaterów zrobiony na poważnie. Świat superbohaterów zrobiony przez mistrzów. Świat superbohaterów taki, jaki powinien być, jeśli jest kierowany do starszego czytelnika.
    W tym komiksie nie ma wad. Ilustracja, grafika i scenariusz są doskonałe. Millar stworzył superprawdziwy, całkowicie przekonujący świat, w którym każda z postaci żyje, ma swoje słabostki i miłości, i różni się od innych. Herosi walczą z prawdziwymi zagrożeniami, które są przekonujące i sprawiają, że przekładamy kartki komiksu z wypiekami na twarzy. Nie ma uwznioślających monologów, sztucznego patosu, a i tak czujemy respekt do wypowiedzi i zdarzeń, w które uwikłani są bohaterowie.
      Hitch to geniusz, który wzbił się na nieosiągalne dotąd poziomy komiksowej sztuki. Każdy jego kadr wygląda wspaniale, realizm lokalizacji, postaci, scenerii miażdży. Nie widać w tym komiksie ani jednej słabej planszy, każda z nich jest wspaniała i perfekcyjna. Każda z nich zadaje się być lepsza, bo Hitch nie wypracował sobie swojego stylu i nie przykleił się do nigo jak większość rysowników. On szuka, a w swych poszukiwaniach odkrywa coraz wspanialsze metody na przekazanie czytelnikom historii.
     Na koniec kolorysta Paul Monts, idealnie dobrany do całego projektu.  Buduje klimat, buduje atmosferę, wspaniale uzupełniając i wzbogacając oprawę graficzną.
     Nie ma lepszego amerykańskiego komiksu. Może poza Ultimates 2. I nie muszę widzieć wszystkich tytułów, bo zaraz ktoś mi zarzuci, a co ty wiesz, jak nie widziałeś wszystkich amerykańskich komiksów. Nie muszę, wystarczy, że widziałem Ultimates. 

piątek, 18 października 2013

#280 WKKM20: Daredevil-Odrodzony

49. Amatorski kącik recenzenta



     „O nie, znowu jakiś badziewny klasyk, na którego nie będzie się dało patrzeć i którym
wszyscy się zachwycają, bo napisał to boski Frank” pomyślałem, kiedy ujrzałem okładkę w
kiosku. Na całe szczęście byłem bardzo daleki od prawdy.
      Komiks czyta się bardzo dobrze, i pomimo znacznej ilości tekstu nie odniosłem wrażenia,
żeby był przegadany. Matt traci pracę, dom, kobietę, a za tym wszystkim stoi Ważniak. Nic
dziwnego, że między tymi dwoma panami dochodzi do poważnego konfliktu. Pojawia się
również postać tragiczna, którą jest była dziewczyna Matta, od której tak naprawdę wszystko
się zaczyna. Ach te kobiety…Co tu będę dużo gadał. Frank udowadnia w tym komiksie,
że nie bez podstaw znalazł się na szczycie. I tylko jeden, jeden jedyny cierń kłuje w tej opowieści.... Kiedy Matt już traci pracę, pieniądze, karty kredytowe, dom i stacza się na samo
dno….to nie odczuwamy tego. Ja tego nie odczułem. Matt sobie dalej gdzieś tam śpi, coś tam
je, gdzieś się myje…praktycznie jakby nic się nie zmieniło. Ameryka to musi być piękny kraj,
żeby bezdomnemu i bezrobotnemu nic nie brakowało…
      Bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie ilustracje. Z początku odniosłem wrażenie, że to kolejna
masówa lat 80’ i 90’. Ale szybko zmieniłem zdanie, i uważam że gdyby Mazzucchielli’emu [ dżizas] dalej się  chciało rysować i gdyby chciał się rozwijać, byłby dzisiaj w komiksowej czołówce. No cóż,  wybrał inne zajęcia i szkoda, ale takie miał prawo.
      Dobry komiks. Polecam.

poniedziałek, 14 października 2013

#279 WKKM 23: Planeta Hulka



48. Amatorski kącik recenzenta


Hm…w zasadzie nie wiem, od czego zacząć. Hulka chyba prawie każdy lubi, ja na pewno. To jedna z najciekawszych postaci w marvelowskim uniwersum. O ile na ziemi należy do czołówki najpotężniejszych istot, o tyle kto wie, co może się czaić w kosmosie…
Z wstępniaka dowiadujemy się, że Iluminaci doszli do wniosku, że Bannera Nigdy [dokładnie takie zostało użyte sformułowanie] nie uda się uleczyć, dlatego trzeba go wysłać na rajską planetę, ale bez inteligentnego życia, żeby mógł sobie tam hasać po łąkach i lasach. Cóż, plan wziął w łeb i Hulk wylądował na planecie, na której został gladiatorem.
Pomysł co prawda może nie jakiś nadzwyczajny, ale zdecydowanie miał potencjał. Niestety, według mnie scenarzysta Greg Pak kompletnie go nie wykorzystał. Fabuła jest banalna, postaci tak czarno białe, że aż mi to przeszkadza, a nie należę do wysublimowanych odbiorców szukających w komiksach czegoś więcej. Cały komiks można opisać jednym zdaniem. Zły imperator wykorzystuje ludzi, którzy pod przywództwem niezwyciężonego Hulka decydują się na bunt. A ponieważ uciskany lud jest dobry, a imperator zły, więc domyślacie się wyniku tej bajki. No dobra, to były dwa zdania.
W sferze graficznej jest na szczęście znacznie lepiej. Ilustracje się nieźle, sceny walki i kreacje kosmitów wypadają dobrze. Bardzo fajnie wyglądają okładki autorstwa Ladronn’a.
Cóż, to dopiero tom pierwszy. Mam nadzieję, że w tomie drugim nastąpią jakieś zmiany, bo jeśli nie, to będzie to po prostu ładnie narysowana nijaka historia ze zmarnowanym wielkim potencjałem.

wtorek, 24 września 2013

#273 New X-Men: Imperialni

Amatorski kącik recenzenta


Album Z jak Zagłada kończył się w takim momencie, że wprost nie mogłem się doczekać, co też scenarzysta przygotował dalej. Z podekscytowaniem, którego nie powstydziłby się mój bratanek usadowiłem się na materacu służącym za moje łóżko i zagłębiłem się w lekturze.
            Komiks jest obszerny, to trzeba przyznać. Im dłużej go czytałem, tym bardziej moja ekscytacja słabła. Nova, wspaniała antagonistka pojawia się w znikomych ilościach. Scenariusz skupia się na starciu mutantów z Homo Sapiens, oraz na wyższości jednych nad drugimi. Nie tego oczekiwałem. Temat różnic rasowych jest tak często poruszany w przypadku mutantów, że śmiało można nazwać go oklepanym. Po niesamowicie wciągającym, poprzednim albumie, z doskonale prezentującym się konfliktem oraz jednym z najlepszych przeciwników, z jakim mutantom przyszło się zmierzyć mamy zwykłą bitkę, z gadkami które nijak mnie nie wzruszyły. Nie mówię, że scenariusz jest zły. Jest dobry, ale mam wrażenie, jakbym poszedł do kina na znacznie słabszą część drugą. Spodziewałem się bomby atomowej, a dostałem dynamit.
            O ile scenariusz jeszcze trzyma poziom, jego jedynym problemem jest fakt, że poprzednim razem był znacznie lepszy, to z rysownikami jest o wiele gorzej. Frank daje radę i nie wiem, po co angażować kogo innego? Van Sciver się stara, to mu trzeba przyznać, może po prostu mi nie trafiają do gustu jego ilustracje. Jeszcze obleci. Natomiast prace pana Kordey'a  kładą ten album po całości. Taki potencjał....Superstrażnicy z Gladiatorem na czele to zajebiści kolesie i babki. Na kartach komiksu wyglądają jak niedorobione niedorozwoje. panu Kordey'owi kompletnie nie chciało się rysować, kreska jest byle jaka, schematyczna i do bólu uproszczona. Totalna porażka.
            Te zeszyty, które rysuje Frank polecam. Na resztę szkoda czasu. Album dobry, ale poprzednik za bardzo mnie nakręcił i rozczarowałem się.

piątek, 16 sierpnia 2013

#260 WKKM: Kapitan Ameryka-Nowy Porządek

 43. Amatorski kącik recenzenta

            W zasadzie powinienem napisać jedno słowo: terroryzm, i zakończyć recenzję tego komiksu, bo i tak wiedzielibyście, że dalej będzie tylko marudzenie. Jednak nie tym razem.
            Zacznę od fabuły, będzie krótko. Są źli terroryści, jest cudowne amerykańskie marzenie, jest patos, czyli są wszystkie składniki tego, co mogłoby ten komiks zabić, a czego ja nie cierpię. Na szczęście John Ney Rieber tak połączył te składniki, że wyszła z tego w miarę zjadliwa historia, która nie przytłacza i tylko momentami miałem wrażenie, że Amerykanie to najbardziej dumny i próżny naród świata. Są zwroty akcji, są wrażenia, na koniec powstaje tylko jedno pytanie: Jaki kierunek obrał amerykański komiks? Czy postaci, które 40 lat zabawiały zarówno dorosłych, jak i młodzież dziś nie sprzedadzą się inaczej, jak tylko w superpoważnych, głębokich i odkrywczych historiach?  Wszyscy powoli stają się coraz bardziej poważni i mierzę się z coraz większymi problemami. Wyimaginowanymi problemami w kolorowych, obcisłych kombinezonach, i to sprawia, że są mniej zabawni niż w latach 90 czy 80.
                        Uff... Tu naprawdę będzie krótko. John Cassaday odwalił kawał fenomenalnej roboty. Jego kreska idealnie pasuje do tej historii. jego okładki, choć minimalistyczne stanowią idealne połączenie mocy i patosu. Choć bardzo oszczędne, ilustracje prezentują się fantastycznie, znacznie lepiej niż w X-Menach, jeden  z piękniejszych komiksów kolekcji, Gorąco polecam.



poniedziałek, 5 sierpnia 2013

#257 WKKM 18: Pięć Koszmarów


           Nie przepadam za Iron Manem. Nie wiem dlaczego, po prostu nigdy nie darzyłem tej postaci sympatią. Zwłaszcza od czasów, w których różni rysownicy zaczęli wprowadzać coraz to nowe modele jego zbroi, do tego stopnia że w końcu nie wiadomo, jak ta postać ma wyglądać. Ale uprzedzenia na bok, bo oto odznaczona nagrodą Eisnera pozycja Iron Man:Pięć Koszmarów przed nami.
            Pierwsze, na co na pewno zwrócicie uwagę po otwarciu komiksu to szata graficzna. La Rocca ma bardzo przejrzystą, bardzo precyzyjną kreskę. Jego kadry wyglądają tak, jakby 90 % z nich zerżnął ze zdjęć, tudzież filmów lub innych materiałów źródłowych. W scenie rozgrywania partyjki w szachy z Reedem Richardsem aż chce się krzyknąć: Wow! Przecież to młody Brad Pitt, a nie mr. Fantastic! Kreska bardzo przyjemna i na bardzo wysokim poziomie, rysownik gra zdecydowanie w pierwszej lidze, jednak komiks nie wyglądałby nawet w połowie tak imponująco gdyby nie...
...Frank D'Armata. To ten człowiek buduje atmosferę, to ten człowiek wprowadza klimat, to ten człowiek sprawia że postaci wyglądają prawie jak żywe. Przeglądając ilustracje w tym komiksie po raz kolejny należy zdać sobie sprawę z tego, że w dzisiejszym amerykańskim przemyśle komiksowym koloryści [w niektórych przypadkach] zrównali się rangą z rysownikami, a nawet ich przeskoczyli. Jedyną denerwującą rzeczą jest zbyt Duzy rozrzut kontrastów na skórze postaci, bardzo często wyglądają, jakby były spalone na solarce na brąz, albo podmalowane pastami ochronnymi. Poza tym, grafika na najwyższym poziomie.
            Nie będę się rozwodził nad scenarem, bo tekst zrobiłby się nieco zbyt długi. Znowu są terroryści, genialny przeciwnik i dylematy moralne, które pchają Tony’ego naprzód pomimo przeciwności. Sposób napisania scenariusza jest ciekawy, motyw przewodni w postaci pięciu koszmarów Iron Mana fajnie spaja całość, ale znowu ta walka z terroryzmem...
             Komiks zdecydowanie wart polecenia, serce boli tylko fakt, że to kolejny dubel. Ciekawe, czy wydawnictwo  odnotowało mniejszą sprzedaż i zastanowi się poważnie nad tym doborem tytułów. Mam nadzieję.


piątek, 19 lipca 2013

#252 WKKM: Tajna Wojna

     Zastanawiam się od czego by tu zacząć, już wiem, od ostrzeżenia. Nie czytajcie tego tekstu, jeśli jeszcze nie czytaliście komiksu. Będzie dużo spojlerów, zatem jedziemy.
     Z różnych not i tekstów pojawiających się tu i ówdzie można wywnioskować, że M. Bendis to wielkie guru pisania scenariuszy, a rzeczy wychodzące spod jego ręki to czytadła na najwyższym poziomie. Nie odniosłem takiego wrażenia ani czytając przygody Avengersów wydane przez Muchę, ani po zapoznaniu się z 17 tomem wielkiej kolekcji, bo na szczęście nie kupiłem TW z tegoż wydawnictwa. Może jest ze mną coś nie tak, ale rzeczy wymyślone przez tego pana kompletnie do mnie nie przemawiają. W Tajnej Wojnie  supertajny, ale wszystkim znany Nick Fury wyrusza na małą wojenkę, w której pomagają mu najbardziej popularni [ i najbardziej kasowi] koledzy z Marvela, którzy rozwalają panią premier Latverii [ kocham te pseudopostradzieckie pomysły mające pokazać wyższość wspaniałej Ameryki nad innymi nacjami, trochę ciężko osadzić akcję w Rumunii, Słowacji, Bułgarii czy innej Wschodniej Polsce, bo ktoś mógłby się obrazić niekompetencją autorów], a potem mają wyczyszczone mózgi i o niczym nie pamiętają. Przypominają sobie w trakcie starcia z technozłoczyńcami, w którym nie za bardzo wiem  o co chodzi, a w całej intrydze z choinki urywa się nowa superagenta z mocami, która jest prawą ręką Nicka Fury'ego. Jedyne uwznioślające przesłanie o wyższości walki z terroryzmem nad ... no właśnie, nad czym? Ten komiks nie ma żadnego przesłania, a historyjka to tylko historyjka, sprytnie napisana, z niezłymi dialogami, ale nie różniąca się niczym od innych. Na mnie nie robi najmniejszego wrażenia. Może u nas za mało terrorystów i mamy inne problemy na głowie. Jak do tej pory historie panów DeMatteisa, Ditko czy Bruebakera wypadają o niebo lepiej.
     Inna sprawa to ilustracje. Gabriel Dell Otto ma styl, i potrafi wykonać piękne ilustracje. Pomimo tego nie jestem miłośnikiem malowanych komiksów, to po pierwsze. Po drugie Dell Otto używa bardzo mocnych, momentami rażących barw, a do tego sporo bieli, która pojawia się na wielu elementach, przez co wszystko, zarówno postaci, jak i scenografia zdają się dziwnie świecić. Jeśli idzie o robienie okładek i innych bajerów, jestem na tak. W komiksie taki rodzaj ilustracji nie do końca się sprawdza, mam wrażenie przesycenia już po kilkunastu stronach.
      Ciekawe dodatki protokołów i kartotek postaci [ ach, się młodość przypomina ] pompują nieco objetość komiksu, ostatecznie dając nam przyzwoitą objętościowo lekturę, przez którą szybko się przemyka, zawieszając oko na ilustracjach, a na drugi dzień zapominając o co biegało w tej historii.



piątek, 24 maja 2013

#234 WKKM 13: MARVELS

33. Amatorski kącik recenzenta

     Dla odmiany dziś będzie krótko. Komiks „Marvels”, czyli Cudowni autorstwa Kurta Busieka i Alexa Rossa to po prostu cudowny komiks.

      Bardzo rzadko scenariusze komiksowe w jakikolwiek sposób mnie poruszają. Kurt Busiek stworzył historię poruszającą do głębi, wyzwalającą emocje, chwytającą za serce. Wykorzystując ikony komisu i ich wielkie dokonania w centrum historii umieścił zwykłego człowieka, reportera który pokazuje nam świat superbohaterów ze swojej perspektywy. Na szczęście Phil Sheldon jest spostrzegawczym, wrażliwym facetem i zwraca uwagę na ludzkie zachowania w równej mierze, jak na superbohaterskie wyczyny cudownych. Wspaniale napisana, wciągająca i wzruszająca historia.

     Alex Ross wyczarował ilustracje, które przytłaczają swoim kunsztem. Niektóre plansze są po prostu arcydziełami sztuki. Wszystkie postacie doskonałe anatomicznie, kolorystycznie, ze wspaniale oddanymi emocjami. Sceneria oddana niezwykle klimatycznie, nie znalazłem nic, co można by uznać za minus strony graficznej. Zachwycające dzieło pod każdym względem.

     Nie ma co dużo mówić, to pozycja dla wszystkich miłośników komiksów, dla wszystkich ludzi, którzy twierdzą że komiksy nie przedstawiają nic wartościowego, dla wszystkich z was, którzy chcą czegoś więcej w komiksach o trykociarzach. Wspominałem też o wspaniałych dodatkach z pracowni Alexa Rossa i kilku tekstach gigantów komiksu? Najlepsza pozycja w kolekcji do tej pory, i zastanawiam się....czy coś ją przebije? Gdyby ktoś był zainteresowany, TUTAJ link do aukcji z komiksem wydanym przez Muchę.


poniedziałek, 13 maja 2013

#232 WKKM 12: Avengers: Impas

32. Amatorski kącik recenzenta


         Avengers, same gwiazdy, najpopularniejsze postaci, najbardziej kolorowe i fantastyczne przygody, najlepsi rysownicy, najlepsi scenarzyści, najlepsi koloryści. Opowieści z Mścicielami są tysiące, wśród nich historie przełomowe, piękne, zachwycające.
       Wielka Kolekcja miała nam, czyli czytelnikom przedstawić najlepsze, przełomowe i takie właśnie zachwycające przejawy komiksowej sztuki. W dwunastym tomie WKKM zapoznajemy się z historią zatytułowaną ”Impas”. Thor po zamieszkaniu na ziemi zostaje przez niektórych ludzi okrzyknięty prawdziwym Bogiem, modlą się do niego, wyznają jego kult, powstaje swoista religia. Scenarzysta Geoff  Johns  przenosi opowieść do krainy Slokovii, w której biedni mieszkańcy są uciskani przez bezwzględnego i okrutnego generała Stojkowicza. Jeden z takich podziemnych kościołów [ w Slokovii za wyznawanie kultów religijnych karą jest śmierć] zostaje rozbity, wierni zabici, a wieść o tym dociera aż do komnat Asgardu. Thor, jako żyjący Bóg postanawia działać i przystępuje do rozprawy z reżimem generała . Oczywiście mamy też drugi wątek opowieści, który jakoś nijak nie łączy się z resztą opowieści i został dodany chyba dla wypełnienia przestrzeni.  Walet Kier [ postać znana mi tylko z wyglądu, pojawiła się w jednym z Avengersów wydanych przez muchę]  przesiaduje w specjalnej izolatce, ponieważ grozi mu samodestrukcja, i co zrozumiałe, jest tym lekko sfrustrowany. Więcej wyczytacie w komiksie. Ogólnie rzecz biorąc, nie przemawiają do mnie superbohaterowie, wygłaszający wzniosłe referaty o wolności, równości itp. w fikcyjnych krajach do bółu przypominających kraje byłego bloku sowieckiego. Brakuje im głębi, przedstawienie żołnierzy znęcających się nad wieśniaczką to za mało, żeby zbudować jakikolwiek klimat. Wykorzystywanie  schematycznych symboli totalitarnych reżimów jako tła dla psychologicznych wywodów napakowanych kolesi w kolorowych strojach do mnie nie przemawia. Historia jest napisana nieźle, dialogi są dobre, ale klimat jest mizerny. Może za dużo naczytałem się o okropieństwach wojny i totalitaryzmu i nie przekonuje mnie takie pobieżne załatwienie tematu. Jeśli o drugi wątek chodzi, i wybuchowe problemy Jacka, alias Waleta, sprawa jest dla mnie równie mało przekonująca. Scenariusz nijak mnie nie zachwyca, jest dobrze napisany, ale nie powoduje emocji.
          Za oprawę graficzną odpowiada trzech panów. Niestety, żaden z nich nie wybija się ponad poziom przeciętny. Rysują poprawnie, ale nic ponad to. Kilka kadrów walki Thora z Ironmanem zasługuje na parę  sekund dłuższej kontemplacji, reszta wylatuje z pamięci wraz z przełożeniem kartki. Jestem bardzo rozczarowany. Przeglądając, chociażby pobieżnie flagowe tytuły wydawane za oceanem ma się wrażenie, że pracujący tam rysownicy mają magiczną moc i tworzą takie ilustracje, że człowiek ogląda je z rozdziawionymi ustami zastanawiając się, jak można coś takiego narysować.  Wielka Kolekcja miała zbierać i pokazywać nam tych najlepszych. Po raz kolejny tego nie robi. Minus dla wydawnictwa, które nie napisało za jakie plansze kto odpowiada. Trzeba się domyślać.
      W dodatkach cieniuteńko. Poza wyliczeniem licznych zasług i sukcesów Geoffa dla komiksu nie znajdziemy nic więcej. Żadnej notki o rysownikach, żadnych szkiców koncepcyjnych, żadnych więcej grafik bonusowych. Słabiuchno.
          Po raz kolejny trzeba użyć tego wyświechtanego sformułowania. Komiks jest dobry, miejscami nawet więcej niż dobry, ale… Ale na tle innych przygód mścicieli prezentuje się słabo. Jako samodzielny komiks nigdy nie znalazłby się na mojej półce. Można było spokojnie sięgnąć po coś innego. A tak został przemycony, schowany między lepszymi pozycjami i kupiony, no bo przecież ciężko tak kolekcjonować wyrywkowo, prawda?  Oby tych zapychaczy było jak najmniej, przełomowych i wspaniałych komiksów jest bardzo dużo, i jest z czego wybierać. Spece od marketingu nie powinni jechać tylko i wyłącznie kilkoma postaciami bez przerwy dlatego, że są najpopularniejsze. A jeśli już muszą, niech wybierają tylko te najlepsze dzieła. Moja ekscytacja Kolekcją spadła kolejny raz. 



piątek, 12 kwietnia 2013

#224 WKKM 10: Ostatnie Łowy Kravena

30. Amatorski Kącik Recenzenta


             Historię przedstawioną w dziesiątej części Wielkiej kolekcji skompletowałem dopiero  w zeszłym roku, kiedy dokupiłem trzecią część wydawnictwa Tm Semic na MFKiG. Był to ostatni Spiderman, którego brakowało mi do kompletu. Nie czytałem tego komiksu do tej pory, kupiłem go żeby mieć wszystkie zeszyty wydane w Polsce, taka trochę mania. W latach dziewięćdziesiątych dwa pierwsze zeszyty tej trylogii nie wywarły na mnie pozytywnego wrażenia. Nie podobała mi się kreska Zecka, historia również mnie nie wciągnęła.  Byłem ciekaw, jak po tylu latach odbiorę ten komiks. W końcu to dwadzieścia lat...
            Już po kilku stronach upewniłem się w przekonaniu, że moje gusta uległy pewnym modyfikacjom.  Warstwa graficzna zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Kreska  Zecka idealnie oddaje klimat opowieści. Jest mroczna, ciemna,  i szczerze mówiąc pomimo prawie dwudziestu lat sprawia wrażenie na wskroś nowoczesnej i świeżej. Przypadła mi do tego stopnia do gustu, że o dziwo obejrzałem komiks dwukrotnie, zanim powędrował na półkę do reszty braci. Świetnie narysowane postaci, nieźle przedstawione uczucia, mroczna, deszczowa sceneria tworzą rewelacyjną atmosferę. Zeck świetnie zrobił, że przedstawił całą historię w strugach deszczu, jedyna strona na której miasta nie zacina ulewa wygląda dość mizernie. Mam nadzieję, że jeszcze pojawi się jakiś komiks tego artysty w kolekcji.
            Historia również przedstawia się świetnie. O dziwo, nie jest ani przesadzona, ani przekoloryzowana, chociaż w tych latach tendencja do przesady była widoczna. Dematteis  doskonale przedstawił postać Kravena, który tak naprawdę jest główną postacią tej mini serii. Krótkie nawiązania do jego lat młodości, oraz rozbudowana narracja pozwala zajrzeć w głębię psychiki Łowcy i zrozumieć jego punkt widzenia oraz powody, dla których rozpoczął swoje ostatnie polowanie, a także jego późniejszą, dość drastyczną decyzję. Jestem przewrażliwiony w stosunku do przegadanych scenariuszy. W Ostatnich Łowach Kravena, pomimo sporej ilości tekstu nie miałem odczucia zmęczenia. Scenarzysta doskonale poprowadził historię, uzupełnioną o rozbudowaną narrację.
            Na koniec muszę wspomnieć o kolorach. Nie porównałem ich z pierwszym polskim wydaniem, komiksy ze Spidermanem są zakopane gdzieś na strychu w jednym z licznych pudeł, które czekają na lepsze czasy i moment, w którym dorobię się upragnionej biblioteczki. Bez tego punktu odniesienia muszę natomiast zaznaczyć, że jeśli nie były podrasowane współcześnie na komputerze, prezentują się naprawdę znakomicie. Mając przed oczami niedawno wydaną historię z Hulkiem, która chyba wyszła w podobnym okresie różnica jest wprost kolosalna. Aczkolwiek te nieczystości które widać było w przypadku Mścicieli tutaj również występują, z tym , że nie przeszkadzają w odbiorze.
            Krótko mówiąc, komiks zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Doskonałą historia, ilustracje i kolory. Do tej pory najlepszy tom z przygodami pajęczaka wydany w ramach kolekcji, choć sam jestem zaskoczony tą opinią. Komiks zdecydowanie dla fanów czegoś więcej, niż błyszczących, naparzających się naoliwionych trykociarzy.


niedziela, 31 marca 2013

#221 Wielka Kolekcja Komiksów Marvela 9

Amatorski kącik recenzenta
 29
 Avengers: Disassembled



            Moi drodzy, dzisiejszą relację zacznę od tego, że jeśli macie do wyboru komiks z Hattchette i z Muchy, to bierzcie w ciemno Muchę. Nie wiem, czym to jest spowodowane, nie znam się na sprawach technicznych, ale jakość druku jest o wiele gorsza w komiksach włoskiego wydawcy. Widać to mocno w kolorach, które są jakieś takie brudne i niewyraźne. Zastanawiam się, czy tak samo było w poprzednich komiksach i tylko nie miałem porównania, czy akurat w tym przypadku obniżyli jakość wydania… bo różnica jest bardzo wyraźna.
            Avengers Disassembled to komiks wprowadzający drużynę mścicieli w nową epokę. Tak przynajmniej zapewnia scenarzysta. Na skutek potężnej serii uderzeń grupa zostaje zdewastowana, pobita i w zasadzie się rozpada. O tym ogólnikowo traktuje komiks, więcej przecież nie wypada zdradzać.
            Scenariuszem zajął się Brian m. Bendis, gwiazda dużego formatu. Za ilustracje odpowiadał David Finch, również gwiazda. Kiedy spotykają się dwie gwiazdy, do tego mają potężne zaplecze, przełomowe podejście do tematu i najbardziej zajebistą drużynę superbohaterską, to hicior powinien być murowany…
            Scenariusz Bendisa jest spójny, ciekawy, ale strasznie ckliwy. Za dużo jak dla mnie wzruszająch przemówień i łapiących za serce scenek. Zdecydowanie za dużo. Nie poczułem w kościach dreszczy, przełom mnie nie powalił. Miejscami wręcz rozśmieszał, ale może jestem za stary już na takie komiksy? No bo ilu można oglądać płaczących, niezniszczalnych superfacetów? Jedyną postacią dużego kalibru, jaka zginęła był Hawkeye, z tym, że zrobił to w tak żenująco nieoryginalny sposób… że pominę to milczeniem. To dla mnie za mało jak na ten ciągle przytaczany w opisach „ przełom”.
            Nie wiem, skąd się wziął Finch. Nie znałem wcześniej tego rysownika, nie wiem, gdzie pracował i jak zrobił karierę. Jak na złość w dodatkach nic o nim nie ma, co jest wielkim minusem, bardzo liczyłem na notkę biograficzną, w ogóle tych dodatków jakby coraz mniej…Ogólnie facet rysuje fajnie. Faceci są porządnie napakowani, laski również. Są pozerskie ilustracje, jest sporo czerni….tylko twarze mu nie wychodzą. Jakoś tak rozkład oczu nie bardzo mi pasuje do reszty, w ogóle są miejscami mocno nieproporcjonalne, czasem te twarze jakieś zbyt podłużne, czasem jakieś spłaszczone… i wszyscy robią takie smutne miny. No sory, ale napakowany gość w obcisłych gatkach płaczący i wzruszony do łez na co drugiej stronie to za dużo jak na moje możliwości.
            9 tom WKKM to trykociarstwo pełną gębą. Ale  przedobrzone, przegadane, przekolorowane. Po prostu panowie chyba chcieli za dobrze. A może jestem zbyt mało wrażliwy. W dodatku jest mowa na końcu o The Ultimates, jako alternatywnych Avengers w innej rzeczywistości…. I powiem krótko. The Ultimates Millara i Hitcha [pomijając fakt, że to najlepszy komiks superbohaterski 4ever] to podrasowany Rolce Royse Phantom , a Avengers: Disassembled przy nim to takie bmw serii 7. Z mega spojlerem na bagażniku. Niby wypasione i z najwyższej półki, ale projektant przesadził.
            Gdyby ktoś był zainteresowany zakupem tego komiksu w wydaniu Muchy, cena i stan b.dobre, klikać TUTAJ.
             Ps: nogę Wolverine’a to ja byłem w stanie zrozumieć, ale żeby imię rysownika na okładce źle wpisać…





wtorek, 19 marca 2013

#218 Wielka Kolekcja Komiksów Marvela 8

Amatorski kącik recenzenta
28.
Thor: Odrodzenie
            Uwaga, poniżej spojler!!! Nie czytajcie poniższego akapitu, jeśli nie chcecie się dowiedzieć o czym jest komiks.
            Ragnarok nadszedł, świat Thora został zniszczony. Thor umarł, ale tak naprawdę nie umarł i powrócił.  wybudował sobie Asgard na pustyni, obudził swoich koleżków, stoczył pojedynek z Iron Manem i pokazał, kto tu rządzi. A Loki z kolegą w stalowych gadkach uknuł nową intrygę.
            Ekhm... może zacząłem czytać ten komiks ze zbyt dużym zapałem. Przyznaję, że mało u nas Thora, a postać jest fajna i ma potencjał. Byłem napalony na ten komiks. Dużo spodziewałem się także po ilustracjach , dlatego celowo nie sprawdzałem w necie , jak pan Olivier sobie radzi. Okładka zapowiadała przednią zabawę.
            W trakcie lektury mój zapał zaczął systematycznie spadać. Najbardziej w stosunku do fabuły. We wstępniaku pan Lupoi pisze ” Przenosząc jednego z najniezwyklejszych bohaterów Marvela do małego, prowincjonalnego miasteczka położonego na zachodzie Stanów Zjednoczonych scenarzysta odnalazł wyjątkowy sposób, aby uczynić Thora i jego Asgardczyków istotami bardziej ludzkimi.". No cóż, ja nie dopatrzyłem się w tym komiksie nawet namiastki tego uczłowieczniania, co najlepiej obrazuje chyba sympatyczna scena z posterunkowymi...   Najlepsza część komiksu to starcie  pomiędzy Thorem, a Iron Manem. Moc, prostota, i wreszcie wiadomo, kto tu jest kim. Bez zbędnej gadki, bez fajerwerków. Parę stron i poczułem moc Thora aż do szpiku kości. Zdecydowanie rzadko w komiksach mamy do czynienia z tak oczywistymi konfrontacjami, ten rozdział ratuje cały komiks. Nad resztą nie będę się rozpisywał, tyle na temat scenariusza. Leci się przez ten komiks jak gorącym nożem przez masło, a przecież motyw powstania umarłych bogów powinien nas skłonić do jakiejś refleksji...Akurat ten komiks powinien mieć więcej klimatycznych, rozgadanych scenek, a przynajmniej tak mi się zdaje.
            Olivier Coipel rysuje fajnie....ale spodziewałem się czegoś więcej. Kreska, choć charakterystyczna jest bardzo prosta. Muszę przyznać, że Thor wygląda świetnie, ale cała reszta raczej nie powala. Nie mogę o niej nic powiedzieć złego, natomiast dla mnie zbyt blisko jej do komiksów  w stylu SkyDoll. Co prawda Olivier rysuje bardziej realistycznie, ale klimat jest porównywalny. 
            Największe brawa należą się kobiecie wchodzącej w skład zespołu, czyli Laurze Martin. Zachwyciłem się jej stylem kolorowania. Żywe, ale niejaskrawe barwy. Nie używa w nadmiarze lassa, przejścia między odcieniami są bardzo płynne, naturalne. Wyciska tyle z lineartu, że nawet moje obrazki robiłyby wrażenie, gdyby Ona zajęła się kolorami. Fantastyczna sprawa. Po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że nazwiska i postaci kolorystów powinno się w pewnych przypadkach wymieniać jednym tchem wraz ze scenarzystą i rysownikiem. Nie zmienia to faktu, że uproszczona kreska Oliviera i pastelowe kolory Martin jakoś tak nie do końca pasują mi klimatem do tej powieści...
           Ponarzekałem, ale komiks naprawdę mi się podoba, tylko był potencjał żeby podobał mi się jeszcze bardziej. Czwórka z plusem.





piątek, 1 marca 2013

#212 Wielka Kolekcja Komiksow Marvela 7

Amatorski kącik recenzenta
27.
Niemy Krzyk.
     Sałata marvela nie występowała u nas nazbyt często. Do największych wydarzeń z tym bohaterem doszło na łamach Mega Marvel, Ale o tym później. Pozatym zielony olbrzym utkwił mi w pamięci głównie za sprawą Erika Larsena, który rysował jego gościnne występy na łamach Spidermana, oraz Todd,a McFarlane,a, który rysował go dla tej samej serii, przyznam bez bicia, że jak dla mnie szary Hulk wykonaniu Todda był fenomenalny. Oprócz tego był jeszcze spory występ w jednym z ostatnich Mega Marveli, tym razem w wykonaniu Whilce,a Portacio, całkiem niezły, chociaż nigdy nie przepadałem za tym rysownikiem.
    Niemy Krzyk to historia niepublikowana wcześniej w naszym kraju, a przynajmniej ja o niej nie wiem. Stworzona została na początku lat 90 przez duet :Peter David jako scenarzysta, oraz wschodzącą gwiazdę Dale,a Keown'a jako rysowanika. Do tego trzeba wymienić kolorystę, Glznis Oliver.
     Zaczynając od końca i biorąc na tapetę kolory nasuwa mi się pewien wniosek. W czasach, gdy komiksy Marvela osiągały rekordową popularnośc, koloryści mieli chyba niezłą fuchę. Bo kolory to po prostu płaskie plamy wypełniające kontur. I tyle, zero finezji, zero odcieni, a do tego paleta w przypadku tego komiksu...no cóż. Może było inaczej, i wymagało to ogromnej pracy. A jeśli tak, to nie widać tego kompletnie. Cienizna.
    Scenariusz dotyczy walki szarego, inteligentnego, ale słabszego Hulka z Zieloną wersją, potężniejszą, ale tępą. Walka odbywa się w jaźni Bruce,a i jest motywem przewodnim całej opowieści. A przynajmniej tak mi się wydaje po lekturze. Historia kompletnie nieprzekonująca, słabo napisana i do mnie nieprzemawiająca. Akcja prowadzona bez napięcia, momentami wręcz prostacka.  Spokojnie mógłbym napisać, że po prostu kiczowata. Biorę jednak poprawkę na to, że powstała 20 lat temu i wtedy panowała może nieco inna estetyka. Patrząc na to jednak dzisiaj, jak dla mnie tylko  o stopień wyżej niż cienizna kolorystyczna.
   Na koniec zostawiłem sobie rysownika. Wracam także do wymienionego wcześniej Mega Marvela. W MM Keown był już wyrobionym, dojrzałym twórcą. Jego kreska była świetna, Hulk w jego wykonaniu rewelacyjny. Pamiętam, że zrobił na mnie niemałe wrażenie. W Niemym Krzyku jest na początku swojej kariery. Hulk owszem, wychodzi nieźle, ale cała reszta... no to nie jest poziom, za jaki podziwiam amerykańskie komiksy. Dlatego nawet wschodząca gwiazda nie jest w stanie wybronić tego tytułu.
   Krótko, kolejny przestarzały komiks, nie oferujący żadnej emocji. Słaby fabularnie, średni graficznie. Oby Thor za dwa tygodnie miał więcej do powiedzenia, i oby te stare „arcydzieła” nie zdominowały serii.


czwartek, 7 lutego 2013

#206 Wielka kolekcja komiksów Marvela #5


Amatorski kącik recenzenta
25.
Narodziny Venoma.
      Venom. Najgroźniejszy, najbardziej bezwzględny i zdecydowanie jeden z najciekawszych przeciwników Spidermana, ale co ważniejsze także Petera Parkera. Ciekawa postać z dobrym motywem, dobrze wyglądająca, dysponującą mocą zbliżoną do pająka, i determinacją by go pokonać. Skąd się wziął Venom? Jak narodził się największy wróg Spidermana? O tym wszystkim przeczytamy w dość obszernym piątym zeszycie wielkiej kolekcji. Wszystkie powinny być równie obszerne. Poznamy także w skrócie przygody miłosne Petera i Felicii oraz Mary Jane. Fajnie napisany, bez nadmiernej ckliwości czyta się ten komiks w całości od pierwszej do ostatniej historii bardzo dobrze. Do tego dochodzi starcie z Pumą oraz powrót Hobgoblina. Słowem...tyle fajerwerków że każdy znajdzie coś dla siebie.
      Rysownicy również dają radę, chociaż rysunki są już stare i nie tak atrakcyjne. Oczywiście okładka autorstwa McFarlane’ to tylko taki zabieg marketingowy, gość występuje tylko w ostatnim zeszycie, który mam wrażenie jest jakiś źle przetworzony, kreska jest trochę...niewyraźna? W każdym razie, dużo dobrego w tym komiksie jest i bawiłem się przednio, oczami wyobraźni wracając do czasów podstawówki, bo to komiks dokładnie z tamtej, czasami chyba piękniejszej epoki. Wart swojej ceny, polecam.

piątek, 18 stycznia 2013

#200 Wielka kolekcja komiksów Marvela #4.


Amatorski kącik recenzenta
24.

      Na komiks Millera i Claremonta nie oczekiwałem ze zbyt namiętnie. Okładka i wiek komiksu były tego wystarczającym powodem, szału graficznego nie było się co spodziewać. Nie jest to bynajmniej zarzut, że Frank źle rysuje, po prostu wtedy taki był trend, a jego styl się jeszcze nie wyklarował. Niestety, przeczucie się sprawdziło i nie zostałem a najmniejszym stopniu pozytywnie zaskoczony. Pomijając nawet trend, modę i aktualny styl, mam wrażenie, że pracując nad tym komiksem miler nie wysilał się zbytnio nad ilustracjami, w związku z czym wyglądają one mizernie. O kolorach nie będę mówił, bo jakie wtedy były też wiadomo. W związku z czym pozostaje fabuła, która ukształtowała na następne dekady jedną z najbardziej popularnych postaci Marvela. Tu już jest znacznie lepiej, pomimo wieku komiks czyta się nieźle, chociaż nieustająca narracja w pierwszej osobie powoduje, że Loganowi daleko do mruka, na którego kreuje się go w komiksach.
     I to wszystko, mnie nie zachwyca, złoty wiek pewnych komiksów minął i chociaż niektóre tytuły zdecydowanie można uznać za klasykę, to wcale nie oznacza że tak klasyka powala. Komiks tylko dla miłośników gatunku, młodsi odbiorcy w dobie atakującej zewsząd hipergrafiki raczej nie znajdą w nim nic ciekawego. Nota w dzienniczku minus dostateczna.
    Na koniec wypada zapytać, co dalej? Na stronie żadnej informacji, brak nawet aktualnej okładki, w komiksie żadnej informacji...no poczekamy te dwa tygodnie i na pewno się dowiemy. Czołem.

piątek, 4 stycznia 2013

#195 Wielka kolekcja komiksów Marvela 3


 
Amatorski kącik recenzenta
Niefachowe opinie odbiorcy masowego o wytworach kultury w postaci różnej.
23.
Wielka kolekcja komiksów Marvela #3.

Ilustracje Adi’ego Granov’a mignęły mi do tej pory kilkakrotnie przed oczami, nawet już nie pamiętam w tej chwili gdzie. Wiem, że mi się podobały i to bardzo, ale sądziłem że facet robi same okładki. Wraz z trzecim tomem wielkiej kolekcji mam przyjemność wzbogacić swoją rosnącą stertę makulatury o komiks w pełni zilustrowany przez tego niezwykle utalentowanego rysownika, a nawet ilustratora, ponieważ gość także sam kładzie kolor. Delikatna różnica poziomów między okładkami a planszami komiksowymi jest, ale naprawdę delikatna, tak więc szata graficzna całego komiksu, chociaż ostro korzystająca ze zdjęć i gotowych faktur sprawia niesamowite wrażenie. Jeśli o ilustracje chodzi, komiks jest po prostu piękny.
Muszę przyznać, że również scenarzysta stanął na wysokości zadania. Warren Eblis wprowadził kilka zmian do wielokrotnie już opowiadanej historii z początków powstania Iron Mana, ale zrobił to w sposób na wskroś nowoczesny. Sam motyw przewodni, którym jest Extremis, coś na kształt superserum, który został wykradziony i użyty w niecnych celach może nie jest jakiś nowatorski [jak to nasi fachowcy mawiają: klisza], ale prowadzenie historii i sceny wywiadu oraz odwiedzin starego przyjaciela są bardzo dobre, stawiające pewne zagadnienia w ciekawym świetle.
Podsumowując, najlepsza do tej pory propozycja. Jeśli nie zamierzacie kupować kolekcji wcale, to ten komiks warto kupić dla samego komiksu. Porządna rzecz.

sobota, 22 grudnia 2012

#190 Wielka kolekcja komiksów Marvela #1


Amatorski kącik recenzenta
Niefachowe opinie odbiorcy masowego o wytworach kultury w postaci różnej.
21.
Wielka kolekcja komiksów Marvela #1.
Spiderman
Jakiś czas temu, kiedy próbne wejście kolekcji hachette na rynek powodowało niemałe ciśnienie w Internecie doszedłem do wniosku, że z prenumeraty rezygnuję, bo nie przynosi żadnych korzyści. Natomiast w okolicznych kioskach komiksów nie widziałem i pogodziłem się z faktem, że nie będę posiadał tego zbioru w swojej kolekcji. Żal trochę mi było, ale z drugiej strony jak to w Polsce, szaremu robotnikowi się nie przelewa i ostatecznie doszedłem do wniosku że może to lepiej i czas wydorośleć i przestać w to pakować pieniądze.
Jak na złość pewnego pięknego popołudnia wracałem z pracy i moją uwagę zwróciło coś kolorowego na witrynie w kiosku. No masz, wielka kolekcja. Co było zrobić, pierwszy numer, promocyjna cena...wziąłem.  Utwierdziłem się w przekonaniu, że prenumerata to jakiś dowcip, co jest w zasadzie największym zarzutem do tej kolekcji. Drogie wydawnictwo zamiast badziewnego kubka i torebki mogło zaproponować choćby 10 % rabatu od ceny. No nic, nie ma rabatu, nie ma sensu prenumerować. Ich decyzja. Lepiej się na tym znają na pewno ode mnie.

Idąc nadal od końca zabierzmy się za wydanie. Tu żadnych zarzutów, fajny papier, twarda oprawka. Cena 40 pln...mało to nie jest, ale przyrównując wydania Muchy nadal jest dobrze. Podoba mi się, że poza samą historią znalazło się miejsce na krótkie notki biograficzne autorów i kilka dodatków na końcu. Natomiast kompletnie mi nie przeszkadza, że wydawnictwo postanowiło wprowadzić nieco swoją szatę graficzną, co nie do końca jest zgodne z oryginalnymi okładkami.
Czas na parę słów o komiksie. Sam historia...średnia jak dla mnie. Nie widzę powodów do zachwytu ani scenariuszem Straczynskiego, ani do bólu schematycznymi ilustracjami Romity, który chyba jedzie ze swoimi ilustracjami od szablonu, i to już od lat 90. I te parę słów wystarczy, nie bardzo wiem o czym więcej można napisać. Przychodzi zły koleś znikąd, dysponuje zajebistą mocą, ale Peter i tak go pokonuje, koniec historii.
Podsumowując, na chwilę obecną zamierzam kupować. Oby kolekcja utrzymała się chociaż w jednym kiosku w moim miasteczku. Żałuję, że warunki prenumeraty są takie beznadziejne, bo skusiłbym się na prenumeratę. Póki co, wczoraj zakupiłem tom 2 i już w oczach wyobraźni widzę cały regał zajęty tą kolekcją...człowiek to ma zboczenia.